Bangladesz - kraj wody i ludzi

Wyobraźcie sobie kraj, który ma powierzchnię połowy Polski, w dużej części składa się z wody, a na tym co zostaje żyje około 170 mln ludzi. Z czego co drugi chce sobie zrobić z tobą selfie :). Nie piszę tego złośliwie, bo to właśnie ludzie są największym bogactwem Bangladeszu - ich serdeczność można porównać jedynie do tej legendarnej, doświadczanej kiedyś w Syrii albo Pakistanie.

jeden

Riksze w starej Dhace. Po stolicy jeździ ich pół miliona i - choć one też stoją w korkach - w godzinach szczytu stanowią najszybszy środek komunikacji

szesc

Nadal Dhaka. Najsprawniejszą przeprawę na drugi brzeg rzeki Buriganga zapewniają drewniane łódki. Cena - równowartość ok. 25 groszy.

dwa
nowe
oseim

piec

Moi nowi znajomi: panie znad rzeki Jamuna, dziewczyny z miasta Mojmonszihno (jest tam jeden z najfajniejszych starych bazarów), mężczyzna spotkany w miasteczku Srimangal i koleżanki z pociągu.

siedem
Dookoła Srimangal rozciągają się malownicze plantacje herbaty. Bangladesz znajduje się w pierwszej dziesiątce jej producentów.

 

Wakacje na Grenlandii

gren

IMG 1511

IMG 1226

IMG 1593

Fjord lodowy w Ilullisat to miejsce, w którym ludzie dostają dziwnej przypadłości - siedzą i się na niego gapią. Ja siedziałam cztery dni...

IMG 1549

...a potem przypłynął statek i zabrał mnie na południe. Arctic Umiaq odbija raz w tygodniu zataczając pętlę do Qaqortoq

 

 IMG 1644

Wysiadłam po 16 godzinach rejsu w towarzystwie gór lodowych i wielorybów - w Sisimiut. To jeden z krańców Arctic Circle Trail, czyli najbardziej znanego grenlandzkiego szlaku wędrówkowego. Ma ok. 160 km i prowadzi przez pustkowia do Kangerlussuaq. Po drodze - przestrzenie, dzika przyroda i renifery

IMG 1685
IMG 1707
IMG 1746
IMG 1759
Część trasy można pokonać w kanu przepływając prawie 30-kilometrowe jezioro

IMG 1858


Z Kangerlussuaq można przedłużyć szlak o 25-30 km wędrując do lądolodu. Zbudowano do niego nawet drogę, co na Grenlandii jest dużą rzadkością - właściwie cały transport odbywa się samolotami, helikopterami i łodziami. Dzięki niej jest to najłtawiej dostępny kawałek lodowej czapy na wyspie.

IMG 1891


Podobno najczęściej fotografowane miejsce na Grenlandii

 

Nowa książka

rozwaznie1

W księgarniach od 14 czerwca 2017 r.

Spotkanie premierowe - 22 czerwca (czwartek), godz. 18, Empik Nowy Świat w Warszawie. Zapraszam.

 

Pustynia

egipt

egipt1

egipt2

Sahara el Beida - dosł. z arabskiego "biała pustynia". To cudo pełne ostańców w kształcie grzybów, stołów, namiotów, głów, sfinksów rozpościera się na zachodzie Egiptu. Przez zachodnie pustkowia wiedzie tylko jedna droga: licząca ponad 1 tys. km wielka pętla pustynna z Kairu do Asjutu (albo Luksoru) "zahacza" o wszystkie cztery oazy: Al-Bahrijja, Al-Farafira, Dakhla i Kharga.

 

 edzypt

Cotygodniowy suk w miasteczku Qasr al-Farafira - stolicy najmniejszej i najbardziej tradycyjnej oazy, w której oprócz słynnej Białej Pustyni znajduje się wiele gorących źródeł

 

egipt4

Al-Qasr, dawna stolica oazy Dakhla, gliniane miasto z krytymi (dla chłodu) ulicami, wąskimi przejściami i budowlami liczącymi po kilkaset lat. Najbogatsi mieszkańcy zdobili domy kamieniami z hieroglifami ze starych egipskich świątyń

 

egipt5

Choć dziś Al-Qasr niemal opustoszało, a jego mieszkańcy przenieśli się do domów z cegieł w nowej części miasta, w ruinach nadal zostało trochę życia. Miejscowi wciąż używają starej opalanej węglem drzewnym kuźni, w której przetapiają nieużywane żelastwo na zakrzywione noże mengel.

 

 

egipt6

W Polsce dzieci przynoszą bociany, a w Egipcie - gołębie. Młodzi dostają je w prezencie ślubnym, a zjadanie delikatnego mięsa ma dać siły potrzebne do spłodzenia potomka. Ptaki hoduje się w takich gołębnikach

egipt7

Bagawat, jeden z najstarszych cmenatrzy chrześcijańskich na świecie. 265 kapliczek w oazie Kharga powstało między III i VII w.n.e.

 

egipt8

Teraz wystarczy się tylko stąd wydostać: pojechać z Khargi na południe - na Paris, minąć malutkie oazy Palestyna i Bejrut i w Bagdadzie skręcić na wschód. Zbudowaną kilka lat temu drogą do Luksoru jeżdżą tylko ciężarówki i taksówki (publiczne minibusy jadą na Asjut). - Chamsin, chamsin - wyławiam znane słówko z przemowy policjantów na check poincie rejestrujących auta wjeżdżające na pustynną drogę. Ten gorący porywisty wiatr zatyka płuca i zawiewa asfalt. Piasek trzeba usuwać tak samo jak w Polsce śnieg

 

egipt9

Nareszcie można wziąć głęboki oddech. Największą przyjemnością w Luksorze jest leniwe pływanie feluką - czyli tradycyjną łodzią żaglową - po Nilu. I kto powiedział, że Egipt jest oklepany i nudny? 

 

Republiki bananowe: Uganda i Rwanda

IMG 0496

Oto one - banany - podstawa diety i gospodarki. Ogromna kiść zielonych bananów kosztuje równowartość 3 dolarów. Przyrządza się z nich przede wszystkim matoke, czyli rodzaj gotowanego na parze puree albo potrawkę z całych owoców (katogo) - zwykle gotowanych w towarzystwie innych warzyw (ziemniaki, pomidory, cebula) i serwowanych w sosie z orzeszków ziemnych

 

dwaa

Drzewko kwitnie i owocuje tylko raz. Po ścięciu kiści kobiety wykorzystują jego korę (pocięta na paski służy jako rodzaj sznurka), liście (można w nich przechowywać jedzenie), czy włókna (na plecionki)

 

IMG 0540

Gonja, czyli gatunki nadające się do pieczenia. To popularna przekąska na postojach autobusowych. Smakuje trochę lepiej od papieru, w który ją zawijają, ale trzeba przyznać, że doskonale zapycha na dalsze godziny jazdy

 

cztery

Produkcja banana bier, czyli popularnego trunku robionego po domach i serwowanego w lokalnych pubach (w sklepach nie można go kupić). Niestety lekcja poszła na nic, bo jednym z niezbędnych składników jest miejscowa trawa używana do wyciskania owoców. A szkoda, bo po kilku nocach w dzbanie przykrytym liściem - a jakże, bananowym - powstaje słodko-karmelowe piwo.

 

IMG 0630

Przygodą z Ugandą i Rwandą zakończyłam AD 2016. O zwierzętach (polecam kawałek o bliskim spotkaniu z hipopotamami nocą na kempingu, na którym byłam sama) w tej pierwszej i zaskakującej nowoczesności drugiej opowiadałam na gorąco w Polskim Radiu - słuchaj

 

Białoruś bez wizy: z wizytą u Dziadka Mroza

bial5

Uczcie się drogie dziatki języków obcych, bo bez tego do Dziadka Mroza, czyli rosyjskiego odpowiednika Mikołaja, ani nie traficie...

 

bial8
...ani
go nie wywołacie. Żeby wyszedł ze swojego gabinetu na zewnątrz, trzeba gromko zawołać: "Dz'ieduszka Maroz, pajawis' "

 

bial7

Od razu widać, że Dziadek Mróz nie kapitalista. W przeciwieństwie do św. Mikołaja z Rovaniemi, u którego monopol na fotografowanie mają elfy sprzedające potem zdjęcia z nim po 15 euro sztuka, on pozuje do fotek chętnie i za darmo

 

bial10
Dziadek Mróz rezyduje niedaleko Kamieniuków w białoruskiej części Puszczy Białowieskiej. Jest ona zdecydowanie dziksza od polskiej: jest tu zaledwie kilka wsi, a właściwie leśnictw z kilkoma domami, oraz tzw. atrakcji typu muzeum ludowe, domek gościnny, woliery z dzikimi zwierzętami

 

bial4

Za to ścieżki rowerowe mają wyśmienite: przez puszczańskie ostoje prowadzą kilometry gładkiego jak lustro asfaltu. Drogi są dobrze oznakowane i znajduje się przy nich dużo tablic z informacjami o mijanych miejscach (skrót informacji także po angielsku)

 

DIY: Białoruską część Puszczy Białowieskiej od roku można odwiedzać w ruchu bezwizowym korzystając z przejścia Białowieża-Piererow we wsi Grudki 4 km od Białowieży. Mogą je przekraczać jedynie rowerzyści i piesi. Konieczna jest przepustka (propusk) i ubezpieczenie. Przepustkę wyrabia się online na stronie bezvizy.npbp.by. Jest ona darmowa, ale trzeba obowiązkowo zapłacić za poruszanie się szlakiem transgranicznym (ok. 20 zł), można też wykupić inne usługi, np. hotel, wejścia do muzeów (można też zrobić to potem na miejscu). Uwaga: we wniosku trzeba podać dokładne dane z paszportu,chodzi zwłaszcza o imiona - jeśli w paszporcie masz dwa, wpisujesz je oba, bo inaczej nie przejdziesz. Gotowa przepustka przychodzi e-mailem tego samego dnia. Drukujemy ją i razem z ubezpieczeniem stawiamy się na przejściu. Odpowiednie ubezpieczenie - na Białorusi akredytowanych jest zaledwie kilka firm - najprościej kupić w PTTK w Białowieży: pieszy - 8 zł, rowerzysta - 12-13,5 zł.

Przepustka jest ważna 72 godziny, a faktycznie - trzy dni. Oznacza to, że jeśli wjeżdżasz w poniedziałek, to niezależnie od godziny wjazdu jest on liczony jako jeden dzień, i najpóźniej w środę musisz wrócić.

Zaraz za szlabanem po stronie białoruskiej jest budka z informacją turystyczną, w której trzeba ostemplować przepustkę. Wjeżdżający dostają tu schematyczne mapki szlaków.

Strefa, w której można przebywać bez wizy, obejmuje puszczę i miejscowości tuż za szlabanem - Kamieniuki, które są centrum administracyjnym białoruskiej części parku, czy Biełyj Lesok. Serio, serio - puszcza jest ogrodzona, a na drogach wjazdowych stoi szlaban, przy którym 24 godziny na dobę siedzi dyżurny. Bez przepustki z pieczątką - nie ma przepuść (nie obowiązuje to w Kamieniukach).

bial2

W miejscowościach "za szlabanem" strefa bezwizowa jest ograniczona do miejsc z konieczną infrastrukturą (hotele, sklepy). W Kamieniukach obejmuje jedynie ulicę główną. W praktyce jeśli nie rzucasz się w oczy, możesz spacerować też po "zonie zakazanej"

 

Jak się poruszać: Najlepiej rowerem. Na przejściu w Piererowie zaczynają się trzy szlaki długodystansowe, najpopularniejszy prowadzi do Kamieniuków - ok. 16 km w jedną stronę, dwa pozostałe - do Białego Lasku (19 km) oraz Wojtowego Mostu (71 km) przez Chwojniki (na 16 km) i Żarkowszczynę (na 46 km). Niestety się nie łączą, co oznacza, że trzeba dojechać do końca każdego, wrócić tą samą drogą właściwie do początku (wspólny jest jedynie krótki odcinek tras do Białego Lasku i Chwojników), po czym pojechać na następny. Biorąc pod uwagę możliwości noclegów - w trzy dni jest to właściwie nierealne. Wszystkie drogi są asfaltowe, szlak do Białego Lasku prowadzi dawnym eleganckim traktem carskim, ale ruch na nim jest znikomy - powiedzmy jedno auto na pół godziny.

Pieszo: o godz. 11 (czasu białoruskiego) z przejścia odjeżdża transport do Kamieniuków - trzeba go zarezerwować i opłacić w chwili wyrabiania przepustki, powrót jest o godz. 18. Przy bramie w Kamieniukach można wypożyczyć rower albo wykupić wycieczkę autobusową po najciekawszych miejscach puszczy. Tuż obok znajdują się muzuem przyrody i woliery ze zwierzętami (niekoniecznie warto).

bial1
Szlak rowerowy do Kamieniuków przy jeziorze Ladskoje. Zaraz za nim rozwidla się tworząc mini-pętlę - w "tamtą" jedzie się obok wolier, wraca - obok siedziby Dziadka Mroza. Żeby się nie zgubić, wystarczy trzymać się znaków "Big Travel". Jest to najczęściej wybierana trasa, na którą spokojnie wystarczy jeden dzień (bez noclegu)

 

Pieniądze i koszty: miesiąc temu (lipiec 2016 r.) na Białorusi odbyła się denominacja i rubel stracił cztery zera. W obiegu są równocześnie stare i nowe pieniądze, przy czym stare 100 rubli jest nową jedną kopiejką. Miejscowi czesto wciąż posługują się starymi wielkościami, a to oznacza, że jeśli mówią np. 10 tysięcy, chodzi im o 10 rubli. Najlepiej nie próbować rozróżniać starych pieniędzy od nowych, tylko wyjąć plik, żeby ktoś odliczył sobie z niego sam.

Po stronie białoruskiej pieniądze można wymienić jedynie w Kamieniukach - dwa kantory pracują w kratkę, ale jeśli jeden jest zamknięty, zwykle otwarty jest drugi. Wyjątkiem są niedziele i święta, wtedy pozostają bankomaty (również tylko w Kamieniukach). W wielu miejscach można płacić kartą. W Białowieży rubli nie da się kupić. Najbliżej można to zrobić w Hajnówce, ale tylko w niektórych kantorach (np. w galerii Leśna). Kurs w Hajnówce jest lepszy od tego w Kamieniukach - za 100 zł można dostać tu ok. 50 rubli (w Kamieniukach - ok. 42 ruble).

Ceny: wejście do siedziby Dziadka Mroza - 8,5 rubla; woliery - 15 rubli; muzeum przyrodnicze - 3 ruble; kawa - ok. 1,5 rubla; śniadanie w kawiarni/hotelu - 5-7 rubli; duży jogurt - 1 rubel. Generalnie żywność jest nieco droższa niż w Polsce, zawartość sklepów - znacznie uboższa. Z Białorusi nie wolno przywozić mięsa ani produktów mlecznych.

 

Noclegi i infrastruktura: W Kamieniukach są cztery hotele o wdzięcznych nazwach Gast'inica 1 (Hotel 1), 2, 3 i 4. Najtańszy jest hotel 2 znajdujący się za szlabanem - 21 rubli za dwójkę plus 7 rubli śniadanie. Pozostałe są już na terenie puszczy. Gospodarstwa agroturystyczne, z wyjątkiem jednego sąsiadującego z hotelem 2, znajdują się w "zonie zakazanej" - właściciele mogą więc, ale nie muszą, przyjąć osoby podróżujące w ruchu bezwizowym (ok. 20 rubli). Coraz częściej odmawiają tłumacząc to problemami. Z tego samego powodu trudno znaleźć miejsce na rozbicie namiotu. Jeśli już - najlepiej szukać szczęścia na ul. Nabiereżnej, czyli pierwszej prostopadłej za rzeką.

W pozostałych miejscach najfajniej spać w leśniczówkach - pokoje gościnne (15 rubli) są w Białym Lasku i Chwojnikach. Tzw. domy gościnne - w Piererowie (ok. 5 km za przejściem) i Żarkowszczynie (dawna siedziba Tyszkiewieczów) są drogie, Piererow - 100 dolarów za pokój.

Przy szlakach jest dużo dobrze utrzymanych wiat (bies'iedki), przy których można odpocząc czy zjeść. Ale niech wam nie przyjedzie do głowy spanie w nich czy rozstawianie obok namiotu, bo noce są niebezpieczne z powodu dzikich zwierząt. Oficjalnie biwakowanie na terenie puszczy jest zakazane.

Przepustka jest jednokrotnego wjazdu, nie można więc wracać na noc do Polski. W takim wypadku na kolejne dni trzeba wyrabiać nowe przepustki. 

Sklepy w liczbie dwóch znajdują się w Kamieniukach. Na wsiach podstawowe produkty - chleb, mleko, warzywa - można kupić od gospodyń.

bial11
Leśniczówka w Białym Lasku. Na dole są biura, na piętrze - trzy pokoje gościnne z wyposażoną kuchnią, łazienką i balkonem z takim widokiem. Kiedy po południu pracownicy rozeszli się do domów, zostałam tam sama 

 

Wszyscy obeszli Annapurnę, obeszłam i ja

IMG 2060

W drodze do Yak Kharka. To już jedne z najlepszych widoków na trasie, a jeszcze nie za wysoko i niezbyt męcząco - jakieś 4 tys.m.n.p.m.

 

IMG 1725
A tak się zaczynało. Pierwsze dni na trasie Annapurna Circuit w dolinie rzeki Marsyangdi. Nawet największe plecaki nie robią tu na nikim wrażenia


IMG 1947
Aklimatyzacji mówimy "tak". Wędrując z Manangu (3,5 tys.m.n.p.m.) do Lodowego Jeziorka (4,6 tys. m.n.p.m.) i z powrotem ma się takie widoki...


IMG 1972

...na przemian z takimi: Annapurna III, Gangapurna i Tilicho Peak

 

IMG 2104

Dowód rzeczowy, że: a) tam byłam - przełęcz Thorung La, czyli najwyższy punkt na trasie (5416 m.n.p.m.); b) na trzytygodniową wędrówkę w Himalajach wystarczy plecak podręczny

 
IMG 2109
A tak przełęcz pokonują miejscowi: jeden z zawodników jadących na doroczne zawody w łucznictwie. Odbywają się one wiosną w każdej większej wsi

 

IMG 2342

Rywalizacja trwa nawet tydzień, ale publiczność nie wygląda na znudzoną. Wieczorami zaś odbywają się tańce

 

IMG 2410
Dolina rzeki Kali Gandaki to już nieco inne krajobrazy. W porze suchej zamiast drogą można iść (i jechać - jak lokalne dżipy i autobusy) jej korytem. Jest tu mnóstwo skamieniałości

 

IMG 2490

No i znowu to zrobiłam. Zeszłam prawie na sam dół, żeby na do widzenia pokonać znowu 2 tys. metrów w górę. W Ghorepani i na punkcie widokowym Poon Hill najlepsze zdjęcia matka natura wyświetla o świcie

 

DIY: Pełna pętla Annapurna Circuit to minimum 220 km (dzień-dwa dni więcej, jeśli na koniec wędruje się przez Ghorepani). Trasa jest poprowadzona dolinami rzek Marsyangdi i Kali Gandaki, łącznikiem między którymi jest przełęcz Thorung La. Ze względu na ukształtowanie terenu i możliwości noclegów łatwiej zacząć wędrówkę od tej pierwszej doliny - przed przełęczą są krótsze i łagodniejsze podejścia. Wędrówka w stronę przeciwną oznacza, że jednego dnia trzeba wejść z wysokości ok. 3,7 tys. m.n.p.m., gdzie są ostatnie możliwości noclegu, na 5,4 tys. m.n.p.m. (przełęcz), a potem jeszcze kawał zejść. Na spokojne pokonanie całej pętli - łącznie z czasem na aklimatyzację, odpoczynek, krótkie wycieczki w bok - potrzeba ok. trzech tygodni. Odkąd jednak wybudowano drogi, niższe partie - zwłaszcza w dolinie Kali Gandaki - praktycznie opustoszały. W Muktinath, czyli pierwszej miejscowości za przełęczą, 90 proc. turystów wsiada w dżipy i autobusy zatrzymując się co najwyżej na chwilę w kolejnych miejscowościach. Argument koronny: wędrówka drogą w towarzystwie samochodów jest be. Faktycznie jednak drogą wędrują tylko ci, którzy chcą, bo tak jest mniej męcząco. W dolinie powstało mnóstwo szlaków alternatywnych poprowadzonych zboczami, lasami, przez małe wsie - w czasie trzech tygodni drogą szłam może 2-3 godziny. Zdarzały się dni - np. z Muktinath do Kagbeni przez Jhong - w które nie spotykałam żadnego innego wędrowca.

 IMG 2124

Znaki biało-czerwone (jak na kamieniu) pokazują szlak główny AC. Szlaki alternatywne oznaczone są na biało niebiesko 

 

Organizacja i bezpieczeństwo. Szlak jest świetnie oznakowany i nawet wędrując samemu nie sposób się zgubić. Technicznie jest łatwy - to zwykle droga albo ścieżka, którą trzeba się mozolnie wspinać - choć w wyższych partiach bywa ona wąska, stroma, śliska, dlatego dla bezpieczeństwa lepiej mieć kijki (bez problemu można kupić na miejscu - w Manangu kosztują 10 usd). Niebezpieczeństwa, i to groźne, tkwią gdzie indziej. Są to choroba wysokościowa i nieprzewidywalna, zmienna pogoda. Jesienią 2014 r. w czasie nagłego załamania aury i burzy śnieżnej na przełęczy zginęło kilkadziesiąt osób. Aktualną prognozę pogody na najbliższe kilka dni najlepiej sprawdzić na checkpoście w Manangu. Miejscowi przewodnicy radzą, żeby przełęcz pokonać (czyli zejść z jej górnej partii) przed godz. 10. A to oznacza, że nocując w High Campie trzeba z niego wyjść o godz. 5.30 rano, a z położonego niżej, popularniejszego Thorung Phedi - o godz. 4.30. Na chorobę wysokościową jest tylko jeden sposób: aklimatyzacja. W większości przypadków wystarczają dwa dni spędzone w okolicach Manangu na wycieczkach w wyższe partie gór (najlepiej: Ice Lake i lodowiec za jaskinią Milarepy). Przed przełęczą krążą miejscowi jeźdźcy oferując zmęczonym i wyglądającym na chorych przewiezienie przez nią na grzbiecie konia (od 20 usd). 

Na wędrówkę AC potrzebne są dwa permity: TIMS i pozwolenie na wejście do Annapurna Conservation Area, do zrobienia od ręki w Kathmandu i Pokharze, 20 usd każdy. Są sprawdzane na kolejnych checkpostach. Wędrowałam sama, bez przewodnika i/czy tragarza, w żadnej chwili nie czułam, że ich potrzebuję. Nie czułam też żadnego niebezpieczeństwa. Ostatnie dwa dni przed przełęczą na widok, że jestem sama, i tak wszyscy pytali, czy wszystko ok.

 

Noclegi. Na całej trasie znajdują się hotele i lodge, te w dolinie Marsyangdi są dużo skromniejsze od tych w dolinie Kali Gandaki. Są bardzo tanie (często za darmo albo za 1 usd, wyjatkiem są High Camp - 3,5 usd oraz hotele w popularnych turystycznie miejscowościach Kagbeni i Marpha - 2-3 usd), ale warunkiem jest zamawianie w nich posiłków. A te są z kolei drogie, w najwyższych partiach miseczka zupy ziemniaczanej czy jedno gotowana jajko kosztują 2 usd, a dal bhat, czyli ryż z rozmaitymi dodatkami, który jest najpopularniejszym nepalskim daniem - 6 usd. Drogie są też gorące napoje (rzędu: 10 usd za dzbanek herbaty), ale wszędzie w ofercie jest też tańszy wrzątek. W niektórych miejscowościach znajdują się stacje wody pitnej, jej litr kosztuje do 2 zł. W innych miejscach przydają się tabletki do oczyszczania wody - w supermarkecie na Thamelu kosztują jakieś 10 razy mniej niż w Polsce.

IMG 1772

Himalajski standard. Kamienne ściany są lepsze od drewnianych, bo są w nich mniejsze dziury. W nocy ma to niewielkie znaczenie, bo i tak jest zimno - spałam w pokojach, w których temperatura wynosiła 3-5 st. C. Zwykle nie ma problemu z dodatkowym kocem, ale są tak ciężkie, że trudno się pod nimi ruszyć. Wodę ogrzewają solary, w pochmurne dni o ciepłym prysznicu można więc zapomnieć. Zawsze można poprosić o zagrzanie wiadra wody na ogniu, ale wyżej trzeba za to zapłacić (ok. 2 usd)

 

Powitanie z Afryką: Malawi i kawałek Zambii

malawi3

Gdzieś we wschodniej Zambii o zachodzie słońca. Kolory - autentyczne

 

malawi1

Wodospady Wiktorii, czyli jeden z siedmiu naturalnych cudów świata. Kiedy Księżyc jest w pełni, tęczę nad nimi można zobaczyć nawet nocą.

 

malawi2

Oto i ono - jezioro Malawi (Niasa). Nazwa "malawi" pochodzi z używanego w tej części Afryki języka czewa i oznacza "ognie", które ludzie widzieli w jego wodach o zachodzie słońca. David Livingstone nazwał je zaś "jeziorem gwiazd". Wypływający na nocny połów rybacy oświetlają czółna latarenkami. Jezioro wygląda wtedy jak drugie rozgwieżdżone niebo.

 

malawi4

Ludzie, chodźcie, jakie dziwy! Muzungu (czyli: biały człowiek w jęz. czewa) jedzie rowerem przez wieś

 

maalawi5

Oooo, a tu dziwy jeszcze większe. Muzungu idzie na piechotę

 

malawi7

Brawo, brawo. Muzungu udało się złapać piłkę. A piłka to w Afryce nie byle co. Newsem lipca w Malawi była wygrana w towarzyskim meczu z Ugandą (1:0).

 

malawi8

Jeszcze jeden zachód słońca. Tym razem ze słonicą w roli głównej. Słoniątko schowało się w trzcinie (znajdź trąbę). Nazywają ją tu "trzciną słoniową" i używają do krycia dachów. 

 

malawi9

Rodzina w całej okazałości i na wyciągnięcie ręki. Słonie poświęcaju na jedzenie 18 godzin w ciągu doby. Dopóki im się w tym nie przeszkadza i nie wchodzi w drogę, istoty postronne mają szczerze w nosie

 

malawi10

Samce hipopotamów walczące o dominację nad stadem i terytorium. Miejsce akcji: rzeka Shire w Parku Narodowym Liwonde uważanym za najciekawszy w Malawi. Pierwsze dwie noce spędziłam na jego obrzeżach.

- Namiot możesz rozbić tu - zawyrokował właściciel tzw. bushcampu wskazując skrawek ziemi między baobabem i obsypanymi różowymi kwiatami krzewami.

- A tu? - pokazałam teren większy, wygodniejszy i ze znacznie lepszym widokiem. - To jeszcze kemping, czy jakaś droga?

- Kemping. Ale tędy, eeee, często przechadzają się słonie.

Potem pojechałam - oczywiście stopem, trafiła się akurat miejscowa klasa na wycieczce edukacyjnej - wgłąb. Mieszkałam nad samą rzeką. Całą noc nad wodą niosły się pochrząkiwania hipopotamów.

 

IMG 1259

A zebry? Zebry to mi z ręki jadły. Po parku Kuti, w którym nie ma groźnych zwierząt, można się poruszać bez asysty uzbrojonego strażnika. Mimo dwóch dni spaceru nie udało mi się jednak spotkać żyrafy. I już miałam się z tym pogodzić, kiedy ta wieczorem przyszła do campu sama.

Niniejszym "incydent afrykański" (czyli napad w Nairobi, który skutecznie odstraszył mnie od wyjazdów na ten kontynent na kolejne 15 lat) uważam za zamknięty.

 

DIY: Malawi często nazywa się "Afryką dla początkujących" - kraj jest bezpieczny, ludzie przyjaźni, infrastruktura (transport, noclegi) bezproblemowa, znajomość angielskiego powszechna, a do parków narodowych można dojechać na własną rękę bez konieczności wykupienia drogiego safari. Podobnie czułam się w Zambii. Największa niewygoda to krótkie dni: słońce wschodzi przed godz. 6, zachodzi dokładnie 12 godzin później i od razu zapadają ciemności. Nie należy się wtedy szwendać po ulicach dużych miast, a jeśli nas tam zaskoczą - wrócić taksówką. Żeby wykorzystać dzień, zarządziłam pobudkę na godz. 5.30.

Wizy (stan na lipiec 2015): Do Zambii - bezproblemowo na przejściu granicznym, jednokrotna miesięczna kosztuje 50 usd (uwaga: jeśli chcecie zobaczyć wodospady Wiktorii także od strony Zimbabwe, potrzebna jest wiza dwukrotnego wjazdu do Zambii - 70 usd, plus oczywiście wiza do Zimbabwe).

Z wizą do Malawi jest jak z latającym Holendrem - wszyscy wiedzą, że Polacy jej potrzebują, ale nikt - łącznie ze służbami imigracyjnymi i pośrednikami - nie potrafi precyzyjnie podać zasad jej wyrabiania. Najbezpieczniej wyrobić przed wyjazdem, najbliższa ambasada jest w Berlinie (wiza miesięczna jednokrotnego wjazdu - 120 euro). Wizę można też dostać od ręki na przejściach granicznych (jednokrotna miesięczna 70 usd), ale w tym celu potrzebny jest list polecający z jakiejkolwiek ambasady Malawi (koszt: 30-40 usd). To opcja dobra dla podróżujących przez Afrykę lądem. Uwaga: służby graniczne nie wydają pozwoleń czasowych (temporary permit), na podstawie których wizę można wyrobić dopiero po wjeździe do Malawi w urzędzie imigracyjnym. Przynajmniej oficjalnie. Nieoficjalnie można "negocjować". Ostatecznie wynegocjowałam wizę od ręki na granicy (mimo braku listu z ambasady), co jednak wymagało opłaty ekstra.

Zdrowie: konieczna profilaktyka antymalaryczna. Chociaż podróżowałam w porze suchej komary były, gryzły, spotkałam co najmniej kilka przypadków zachorowań (miejscowi, wolontariuszka). Szczepienie przeciwko żółtej febrze potwierdzone wpisem do żółtej książeczki jest wymagane na granicy od osób wjeżdżających z krajów zagrożonych tą chorobą, czyli np. z Tanzanii.

Jak dolecieć: w Malawi lądują jedynie cztery linie lotnicze: malawskie, etiopskie, kenijskie i południowoafrykańskie. Generalnie tani bilet z wylotem z Polski kosztuje w granicach 4 tys. zł. Za znacznie mniej można polecieć z zagranicy, np. z Frankfurtu, Wiednia, Mediolanu, Brukseli. Za bilet na trasie Frankfurt-Lusaka/Lilongwe-Frankfurt (Ethiopian Airlines) zapłaciłam 2 tys. zł z groszami, tyle samo kosztowało połączenie z przylotem i wylotem z Malawi. Opcja druga to lot do Dar es Salam (powiedzmy - od 1,5 tys. zł w promocji) i dalej przejazd lądem.

IMG 1089

Proszę wsiadać, drzwi nie zamykać. "Matola "odjedzie "just now". W Malawi to podstawowe określenie czasu: może znaczyć za kwadrans, za trzy godziny albo za dwa dni. No bo czy to takie ważne...

Transport: nieco lepiej zorganizowany w Zambii, gdzie autobusy odjeżdżają według rozkładu (najlepsze firmy to Mazhandu i Szalom, warte zainwestowania zwłaszcza na trasach nocnych). W Malawi większość autobusów odjeżdża, kiedy zbierze się komplet pasażerów, dlatego zanim do któregoś wsiądziesz sprawdź, ile osób jest w środku. Podobnie funkcjonują minibusy, które są szybsze i nieco droższe. Transport uzupełniają matole, czyli zwykle ciężarówki dostawcze, którymi podróżuje się na przyczepach, oraz taksówki rowerowe z miękkim siedziskiem na bagażniku. Przejechanie 100 km kosztuje średnio ok. 15 zł, taksówki rowerowe - ok. 1 zł za 1 km.

Gdzie spać: wszystkie noce spędziłam w namiocie. Kempingi są we wszystkich parkach narodowych (tzw. bushcampy), miastach, przy wielu guesthousach i hotelach. Płaci się od osoby, zwykle - 4-5 usd, w parkach narodowych - 10 usd (najmniej zapłaciłam za kemping na płaskowyżu Zomba - 2 usd, najwięcej kosztował Muvu Camp w NP Liwonde - 15 usd). Namiot często można wypożyczyć na miejscu za dodatkowe kilka dolarów. Warunki sanitarne (toalety, prysznice - często z ciepłą wodą) są dobre, kuchnia dla gości czasem jest, a czasem jej nie ma. Tam, gdzie jest, gotuje się zwykle na kamiennym piecu albo na glinianym garnku z żarem, naczynia można wypożyczyć. Na płaskowyżach noce bywają zaskakująco zimne, potrzebny jest dobry śpiwór puchowy. Z czystym sumieniem polecam kempingi: Bua Lodge w Nkhotakota NP, Liwonde Safari Camp oraz Muvu Camp w NP Liwonde (pierwszy faktycznie znajduje się tuż przed wejściem do parku), kemping w Kuti Community, Steps Camp w Senga Bay, a w Lilongwe - Mufasa Lodge/Campiste (Area 4). Wszędzie, nawet w najbardziej zapyziałej miejscowości, bez problemu można znaleźć lodge, resthausy, lokalne hotele. Brakuje jednak lokali klasy turystycznej. Tanie są brudne i zarobaczone (nawet jak na moją dużą tolerancję dla robaków), przyzwoite - drenują kieszeń. W popularnych miejscowościach nad jeziorem można znaleźć tanie dormy przyzwoitej jakości, łóżka we wspólnych pokojach oferują też niektóre bushcampy (od ok. 20 usd). Generalnie jednak w większości parków wyborem jest albo własny namiot, albo lodge (często z wyżywieniem) za minimum 100 usd.

camp

Patrzcie i zazdrośćcie. Platforma widokowa w Liwonde Safari Camp, tuż obok mojego namiotu

Safari: zdecydowanie "dziksza" jest Zambia. Najważniejsze parki narodowe Malawi to: Liwonde, Majete, Kasungu, Nkhotakota. Fajne o tyle, że można je odwiedzić samodzielnie: praktycznie wszędzie można dojechać matolą/taksówką rowerową/dojść pieszo, znaleźć kemping i ruszyć na poszukiwanie zwierząt. Ceny: wynajęcie uzbrojonego strażnika na 4-5 godzinną wędrówkę (Nkhotakota) - 15 usd za grupę, walking safari z Liwonde Safari Camp - 5 usd od osoby, safari łodzią po rzece Shire - 25 usd, popołudniowo-wieczorne safari odkrytym samochodem z Muvu Camp - 35 usd. Wszystkie warte swojej ceny. Niektóre bushcampy oferują 1-2 godzinne wędrówki o zachodzie słońca za darmo. 

Wstęp do parków narodowych - zwykle 5-10 usd (płatne jednorazowo albo - częściej - za każdy dzień).

Jedzenie/woda: żywność "zachodnia" w supermarketach jest minimum 50 proc. droższa niż w Polsce, np. duży jogurt - 5-8 zł, płatki śniadaniowe - 15 zł, tabliczka czekolady - 5-7 zł. Tanie jest jedzenie lokalne. Najpopularniejsze danie to nsima, czyli gęsta papka z mąki kukurydzianej, serwowana z różnymi dodatkami, np. fasolą, duszonymi liśćmi dynii, soją w pomidorach, kurczakiem, sosem rybnym (wegetariańska - od 4-5 zł). Wszędzie można kupić frytki z surówką z kapusty (duża porcja ok. 1,5-3 zł), ryż z fasolą (2-4 zł), pieczone bataty (od 1 zł), banany (1 zł za 3 sztuki), papaję (od 1 zł), jajka na twardo (ok. 80 gr), mandazi, czyli rodzaj wytrawnych  pączków (ok. 40 gr). Drogie jest jedzenie na bushcampach (np. śniadanie w Muvu Camp 18 usd, ryż z liśćmi dynii w Kuti - 5 usd), dlatego lepiej zabrać tam własny prowiant.

Butelka Fanty czy Coca Coli kosztuje 1,5-1,8 zł. Droższa jest woda, w dodatku trudno kupić butelkę inną niż o pojemności 250 ml - kosztuje ona średnio od 1,8-2 zł. Najlepszym pomysłem okazało się zabranie tabletek do oczyszczania wody, które przydały się zwłaszcza na bushcampach.

Pieniądze: walutą obu krajów jest kwacha (czyt. kłacza), w hotelach, agencjach turystycznych, na kempingach można też płacić dolarami - przelicznik jest ok. Pieniądze, czyli rzeczone dolary, najlepiej wymieniać w bankach. W większych miastach łatwo o bankomaty, ale w Malawi praktycznie obsługują jedynie karty Visa. Master Card działa tylko w jednym banku (Standard Bank). Dzienny limit wypłat wynosi 40 tys. kwacha (niecałe 90 usd).

Elektryczność: gniazdka typu "angielskiego", potrzebna przejściówka. Prąd jest często wyłączany. Na wielu kempingach nie ma go w ogóle, za oświetlenie służą lampy naftowe, świeczki, lampki solarne. Konieczna jest latarka, najlepiej czołówka.

Przewodniki: tylko i wyłącznie Bradt. "LP Zambia, Mozambik & Malawi" jest do niczego. Do tej pory - podobnie jak inni - na Lonely Planet jedynie wieszałam psy. Po tym wyjeździe swoją przygodę z tym wydawnictwem kończę.

 

Wiosna, panie, przyszła

IMG 0797

Budzisz się więc rano, wyglądasz z namiotu, a tam coś takiego. Żeby zrobić miejsce pod namiot, trzeba użyć łopaty, organoleptycznie więc stwierdziłam, że śniegu pode mną jest co najmniej metr. Na półwyspie skandynawskim mówią jednak, że tegoroczna zima była mało zimowa, a wiosna zaczęła się wyjątkowo wcześnie. Nocami temperatura co prawda wciąż spadała poniżej minus 20 st. C i sypał śnieg, ale rano wychodziło słońce zamieniając warstwę puchu na tropiku w wodę, a chwilę potem mróz skuwał ją lodem. Miałam więc własny lodowy pałac - za darmo.

 

IMG 0749
Żeby podnieść temperaturę w komnatach, wystarczyło się nieco zakopać

 

IMG 0728-001
Na jeziorze ruch jak w ulu. Co prawda na brzegu lojalnie ostrzegają "jedziesz na własną odpowiedzialność", ale przerębel, z której trzeba sobie przynieść wody, żeby ugotować herbatę albo zażyć sauny w schronisku (jest ono tuż za jeziorem), rozwiewa wątpliwości - lodu jest tu co najmniej tyle, co śniegu na lądzie.

 

IMG 0740
Jeziorem i rzekami poruszają się też inne jednostki. Do schroniska dociera właśnie kilkuosobowa grupa Amerykanów.

 

IMG 0752

A to wszystko - w Abisko. Ta niewielka miejscowość i park narodowy o tej samej nazwie to najbardziej wysunięty na północ kawałek Szwecji. Słynie z rozpoczynającego się tu Szlaku Królewskiego (Kungsleden) i świetnych warunków do obserwacji zorzy polarnych. Podobno lepszych nie ma nigdzie indziej na świecie. W Abisko nawet na drzwiach sławojek wiszą ulotki informujące, że zorze o mniejszym albo większym natężeniu można zobaczyć praktycznie w każdą bezchmurną noc od połowy września do marca. Potwierdzam, że się zgadza - z naciskiem na "mniejszym". Poza tym cytując pewnego poznanego latem Islandczyka: "One nigdy nie wyglądają tak jak na zdjęciach". No dobra, czasem są do nich jednak podobne - bardzo ładne w tym czasie widziano na przykład w Gdańsku. W Abisko mieliśmy za to 90-procentowe zaćmienie Słońca.

 

 IMG 0799

IMG 0819
I prawdziwy lodowy hotel, w dodatku najsłynniejszy na świecie - w miejscowości Jukkasjarvi. W tym roku obchodzi 25. urodziny i jak zwykle roztopi się sam. Ludzie usuną wcześnie z lodu jedynie kabelki.

 

IMG 0689

DIY: Abisko i okolice są popularne i masakrycznie drogie, na co narzekali nawet spotkani Szwajcarzy, Norwegowie i sami Szwedzi. Wejście do hotelu lodowego kosztuje 350 koron (ok. 170 zł), tyle samo nocleg w wieloosobowej sali w schronisku, a biznes wokół zorzy to prawdziwy majstersztyk. W Abisko znajduje się np. kolejka linowa wwożąca do przeszklonego budynku Aurora Sky Station na górze Nuolja. O ile wjazd w dzień kosztuje 100 koron, o tyle nocą - 600. Jak słusznie skomentowali turyści ze Szwecji: - Za tyle przylecieliśmy tu ze Sztokholmu.

W fińskim kurorcie narciarskim Levi, w którym zatrzymałam się po drodze, można zamówić specjalny serwis sms-owy informujący, gdzie właśnie pojawiły się zorze. Podobny alarm jest standardem w dobrych hotelach: podejdź do okna i się zachwycaj.

Na szczęście w Abisko zorze można oglądać nie tylko ze stacji, ale też z każdego innego miejsca - za darmo. Namiot wolno rozbić w trzech wyznaczonych miejscach (park narodowy). Jedno - w lesie nad rzeką jest darmowe - i przez cztery dni spotkałam tam ludzi tylko dwukrotnie. Szli zamarzniętą rzeką na nartach. Dwa pozostałe znajdują się obok stacji turystycznej Abisko i schroniska Alesjaure i kosztują odpowiednio 110 i 150 koron, w cenie - dostęp do kuchni i pryszniców (albo przerębli i sauny). Przy dłuższych pobytach warto kupić kartę członkowską STF (295 koron), która redukuje koszty kempingów o 50 koron, a schronisk - o 100 koron. Do schroniska Alesjaure jest 15 km i zwykle można tam dojść bez problemu bez nart czy rakiet podążając śladem skuterów śnieżnych.

Dla mnie jednak najfajniejszą przygodą był dojazd - stopem z lotniska w Turku, które znajduje się kwadras spaceru od autostrady. Zdania co do tego, czy zatrzymywanie na niej samochodów jest legalne, rozłożyły się wśród kolejnych kierowców mniej więcej pół na pół. Być może dlatego ktoś szybko mnie z niej zabrał. W sumie pokonałam 1600 km, bo pojechałam trochę naokoło. Najpierw w okolice miasta Lulea, gdzie miałam pochodzić między wyspami po zamarzniętym Bałtyku. Ale z racji wiosny ten wyjątkowo wcześnie rozmarzł. Dalej do Levi na północy Finalndii na narty i dopiero stamtąd do Abisko. Zaśnieżonymi północnymi drogami jeździ się ww ten sposób doskonale, raz złapałam nawet skuter śnieżny. 

Najbliższe lotnisko dla Abisko znajduje się w Kirunie, skąd latają jedynie linie Norwegian i SAS do Sztokholmu Arlanda (w przypadku dalszego lotu tanimi liniami trzeba się więc przedostać prawie 150 km na lotnisko Skavsta, skąd latają m.in. Ryanair i Wizzair). Cenowo najlepiej pochodzi połączenie SAS do Berlina (Tegel) - od 350 zł w jedną stronę, z bagażem. Opcjonlanie można też pojechać ładną widokowo trasą do Narviku. Ale uwaga: tanie linie latają z położonego ponad 100 km dalej lotniska Narvik-Harstad.

Przejazd pociągiem na trasie Abisko-Sztokholm trwa 20-21 godzin, ceny - od 550 koron, wrażenia - według tych, co jechali - niezapomniane. 650 koron kosztuje przejazd na trasie Abisko-Nykoping, skąd jeżdżą autobusy miejskie na lotnisko Skavsta.

  

Barwy Orientu na Zamku Królewskim

orient

"Kobieta w podróży - od Kurdystanu po Turkmenistan" tym razem zboczyła z drogi nieco na zachód - do Pałacu pod Blachą na Zamku Królewskim. W salach z kolekcją sześciuset kobierców wschodnich podarowanych przez Panią Teresę Sahakian o dniach spędzonych na dywanach w domach na Bliskim Wschodzie i w Azji Środkowej opowiadało mi się lepiej niż gdziekolwiek indziej. Prawie - jakbym znowu "tam" była. Informacje o kolejnych spotkaniach z opowieściami i muzyką ze Wschodu w cyklu "Barwy Orientu" - na stronie Zamku Królewskiego (aktulaności).

 

Kobieta w podróży. Tym razem kierunek: Łódź

IMG 6811

Jak modne Iranki upinają chusty? Ano właśnie tak, jak pani na zdjęciu w środku. Co zrobić, żeby chusta się nie zsuwała, nauczyłam się od miejscowych dziewczyn dość szybko. Jednak szczerze mówiąc przy dłuższych podróżach pociągiem czy autobusem lepiej sprawdza się patent pań siedzących po bokach.

Panie i Panowie - zapraszam do Poleskiego Ośrodka Sztuki w Łodzi (ul. Krzemieniecka 2a). W piątek 28 listopada o godz. 18 opowiem o książce "Między światami". A jak "Między światami" to wiadomo - uzbeckie wesela, kirgiski kumys, osetyjskie służby specjalne, turkmeńscy przemytnicy, moda na sposób irański i przede wszystkim ta niespotykana gościnność, której nie potrafię ogarnąć rozumem do dzisiaj. Fajnie jest być w podróży kobietą.

Dzień później, w sobotę 29 listopada o godz. 12 poprowadzę warsztaty "Kobieta w podróży" - dla Pań, które chciałyby wyjechać w podobną podróż, ale się boją (i dla Panów, którzy boją się puścić w nią dziewczyny/żony/córki uważając to za niebezpieczne) - zobaczycie, że jest zupełnie inaczej.

Warsztaty składają się z dwóch części. Lekcja pierwsza dotyczy przygotowań praktycznych z odpowiedziami na najczęstsze pytania: jak ocenić sytuację na miejscu, zadbać o zdrowie i własne bezpieczeństwo, zaplanować budżet i nie zostać w drodze bez pieniędzy, znaleźć z biegu fajny nocleg czy bezpiecznie jeździć samej autostopem? A czy wiecie, jak ma się szabas do kwestii autobusów i zakupów?

Po przerwie lekcja druga, a na niej - o plusach i minusach samodzielnego podróżowania. Opowiem, gdzie tak naprawdę tkwi zagrożenie, jak są traktowane kobiety w poszczególnych kulturach i w jakim stopniu obowiązujące je zasady przekładają się na turystki, jak się ubrać i zachować w codziennych sytuacjach, w jaki sposób reagować na zaczepki mężczyzn i u kogo - w razie potrzeby - szukać pomocy. Hmm, i czy naprawdę warto zabrać w podróż pożyczoną obrączkę?

Nie będzie wiedzy teoretycznej ani tego, co można szybko wyguglać. Nie spodziewajcie się więc informacji na temat rezerwowania hoteli z Polski czy airbnb. Zapraszam do kirgiskich jurt, tysiącletnich macedońskich klasztorów, pod namiot nad norweskie fiordy i w gościnne progi miejscowych. To ciekawsze niż najlepszy hotel.

 

Jesienne spotkania między światami

IMG 6437

25-26 października w samym sercu Krakowa odbędzie się jubileuszowy Festiwal Podróżniczy Travenalia. O ludziach o wielkich sercach, których spotkałam podróżując "Między światami" opowiem w niedzielę 26 czerwca o godz. 12.40. Program festiwalu i jego Goście - www.travenalia.pl.

 

Kolorowo,

czyli do Boliwii przez Maroko i z powrotem przez Peru, Paryż i Świebodzin

Błękitny Szafszawan

IMG 8561

Maroko odwiedziłam pewnie już kilkanaście razy, ale jakoś nigdy po drodze nie był mi Szafszawan. Korzystając z okazji, że do La Paz wylatywałam z Malagi, kilka dni wcześniej poleciałam na drugą stronę Cieśniny Gibraltarskiej (Ryanair do Tangeru), by po przespacerowaniu się wszystkimi niebieskimi uliczkami tego miasteczka i objedzeniu świeżymi figami przeprawić się do Hiszpanii promem.

 

Różowe flamingi

IMG 9478

Pierwsze w moim życiu. Potem, na kolejnych kolorowych boliwijskich lagunach, widziałam ich setki i tysiące, ale i tak nie mogłam się powstrzymać od zrobienia jeszcze jednego i jeszcze jednego zdjęcia.

 

Złoty Salar

IMG 9694

Salar de Uyuni, czyli największa solna pustynia, czy - jak kto woli - "największa solniczka świata". Idealnie płaska, pioruńsko zimna, za dnia jednolicie biała, a o wschodzie słońca - właśnie taka. W czasie pory deszczowej w pokrywającej ją wodzie odbija się błękit nieba. Boliwijczycy mawiajaą, że jest tu wtedy lepiej niż w raju, bo między dwoma niebami.

 

Wielobarwne fiesty

IMG 8950

IMG 9103

Można się ich spodziewać w zasadzie codziennie. Tu akurat jedna z największych: na doroczne święto Matki Boskiej z Gwadelupy do Sucre zjeżdżają grupy z całego kraju, by przez trzy bite dni od rana do rana tańczyć dla niej na ulicach.

 

I jeszcze barwniejsze mieszkanki wysp na jeziorze Titicaca

IMG 0089

Pani prezydent jednej z pływających wysp Uros (to już po stronie Peru), czyli unoszących się na wodzie konstrukcji z trzciny totora

 

IMG 0116

I mieszkanki Amantani uważanej za "najmniej turystyczną" spośród wszystkich wysp na jeziorze. Te kobiety nawet idąc mają w ręku kołowrotek, na którym przędą wełnę z lamy, albo druty z robótką.

 

Białe saliny

IMG 0397

Czyli jedna z atrakcji Świętej Doliny Inków. Wbrew krakaniu, że inaczej niż z wycieczką albo taksówką się nie da, pokonałam ją transportem publicznym, pieszo, stopem, wciąż żyję i mam się dobrze.

Stopem wracałam też z Paryża, w którym wylądowałam. Po pierwsze - zachciało mi się bagietki i kawy na Montmartre, po drugie - byłam ciekawa jak działa dziś w Europie Zachodniej, bo akurat po niej w ten sposób dawno nie jeździłam. No więc: cztery polskie tiry, 22 godziny (z obowiązkowymi przerwami na rzecz tachometru i nieobowiązkowymi na herbatkę z kierowcami), cenna wiedza na temat, dlaczego na Zachód najlepiej jechać przez Luksemburg i - witaj jesienna Polsko na dworcu w Świebodzinie, gdzie akurat kończył ostatni kierowca.

Jak zwykle było lepiej niż się spodziewałam. Jest tylko jedno "ale": tirami można jeździć jedynie samej - albo samemu - bo przewożenie dwóch osób w kabinie jest zakazane. 

 

Tymczasem na Islandii...

Ja i wielkie nic, czyli idąc przez islandzki interior:

iceland4

 

"Nic" w innym wydaniu:

iceland1
 

Czasem jednak coś tam było:

iceland3

 

Albo coś takiego:

iceland

 

Na Islandii trwa najbardziej deszczowe lato od 1920 r. Część dróg w interiorze, zwykle otwieranych pod koniec czerwca, miesiąc póżniej wciąż była nieprzejezdna z powodu śniegu. Śnieg po pachy zablokował też otwarcie niektórych szlaków wędrówkowych. Ale i tak było pięknie. Nawet jeśli słońce wychodziło szóstego dnia i tylko na kilka godzin, i tak będę tam wracać. Dla takich widoków:

iceland2

ice

O tym jak się chodzi wzdłuż, wszerz, w poprzek i na przełaj po Islandii opowiadałam w radiu TOK FM słuchaj

 

Chodzę sobie

Do 27 lipca nie ma mnie w zasięgu. Pochodzę sobie tu i ówdzie mając takie fajne widoki: 

F1050026

 

albo czasem takie: 

F1050003

 

 

"Między światami" - kolejne spotkania

home-okladki

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

24 maja, godz. 16, Warszawskie Targi Książki, Stadion Narodowy, stoisko Media Rodzina (14/H).

28 maja, godz. 19, Kraków, Księgarnia Kawiarnia Podróżnicza Bonobo, Mały Rynek 4.

5 czerwca, godz. 19, Poznań, Księgarnia Galeria "Z Bajki", os. Przyjaźni 125.

6 czerwca, godz. 19, Wrocław, Księgarnia Tajne Komplety, Przejście Garncarskie 2.

9 czerwca, godz. 19, Gdańsk, Kawiarenka Podróżnicza Południk 18, ul. Garncarska 7/9.

 

"Między światami" w Lublinie

Zapraszam 13 maja (wtorek) na godz. 16.30 do klubu Czarny Tulipan przy ul. Grodzkiej 1 w Lublinie. Spotkanie będzie połączone z pokazem slajdów z podróży. Sama książka "Między  światami" do kupienia w promocyjnej cenie i oczywiście z autografem.

Półtorej godziny później w tym samym miejscu w ramach Kobiecego Lublina opowiem jak bezpiecznie podróżować będąc kobietą.

 

Premiera "Między światami" w Warszawie

Spotkanie autorskie z okazji premiery mojej trzeciej książki "Między światami" odbędzie się we wtorek 6 maja o godz. 19 w Południku Zero przy ul. Wilczej 25. Będzie mu towarzyszyć pokaz slajdów z podróży po Azji Środkowej, Iranie, Kurdystanie, Osetii Północnej i Kałmucji. Sama książka do kupienia w promocyjnej cenie i oczywiście z autografem.