home-okladki1
„Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet” jest opowieścią o mojej przygodzie w Azji. Spędziłam w niej pół roku podróżując przez Indie, Malezję z Borneo, Tajlandię, Wietnam i Kambodżę. Nigdy wcześniej nie byłam na tym kontynencie, nigdy też nie podróżowałam sama - był to mój pierwszy wyjazd. Ruszając miałam jedynie bilet powrotny, 9-kilogramowy plecak (a i tak wkrótce po przyjeździe kilka rzeczy odesłałam w paczce do Polski, bo w tamtych warunkach okazały się kompletnie nieprzydatne) oraz dosyć mglisty plan trasy.

Oto ona:
mapazja



W planach miałam też Nepal, ale pokrzyżowały je ulewne deszcze i śnieżyce. Zresztą kiedy po powrocie odebrałam kopie dokumentów i ubezpieczeń, które zostawiłam komuś w Polsce na wszelki wypadek, znalazłam wśród nich informację o planowanej trasie. Tak dla spokoju ducha, żeby mniej więcej było wiadomo, gdzie jestem, napisałam: w maju szukajcie mnie w Indiach, w czerwcu – w Tajlandii, a w lipcu - …

Teraz okazało się, że moją i tak mglistą trasę kompletnie zmieniłam i zupełnie nie miałam pojęcia – dlaczego?. Pewnie gdzieś spodobało mi się bardziej i postanowiłam zostać dłużej, ktoś spotkany polecił mi coś, czego nie planowałam, a w inne miejsce nagle odechciało mi się jechać

kambodza
W drodze przez Kambodżę…

india
…i Indie. Do Mostu Adama, który kiedyś łączył subkontynent ze Sri Lanką, można dojechać tylko takimi ciężarówkami. Albo dojść na piechotę

Książka podzielona jest na dwie części. Pierwsza, zatytułowana „Jadę sobie” jest luźnym zapisem wędrówki powstałym na podstawie bloga, który prowadziłam, żeby rodzina i znajomi wiedzieli, gdzie jestem i co porabiam (nie był dostępny publicznie, a po powrocie przestałam go pisać). Nie miałam ze sobą laptopa. Raz na kilka dni szukałam kafejki internetowej, co – o dziwo – okazało się dużo łatwiejsze niż znalezienie na przykład obowiązującego rozkładu jazdy, o kanapce z serem nie wspominając. Zdarzyło mi się korzystać z komputera wstawionego na zaplecze zakładu fryzjerskiego (choć właściwszym słowem byłoby: golibrody) i takiego, który przedsiębiorcza gospodyni udostępniała turystom w swojej kuchni.

Przez te sześć miesięcy podróżowałam lokalnymi środkami lokomocji: autobusami (różne były: czasem bez okien i z drewnianą podłogą, a czasem z jednoosobowymi „przedziałami”-pudełkami sypialnymi), pociągami (najbardziej lubiłam indyjskie sleepery z kuszetkami w otwartym wagonie), wspólnymi furgonetkami, ciężarówkami i dżipami, rikszami motorowymi i rowerowymi, łodziami, a w Kambodży trafił mi się nawet bamboo-train – czyli bambusowa drezyna, którą w razie spotkania z podobną konstrukcją mknącą z przeciwka, trzeba było rozebrać: był tam tylko jeden tor.

Spałam tam, gdzie miejscowi – czasem trafił mi się pokój pełen karaluchów, a czasem prywatna wieżyczka na dachu hotelu z pięknym widokiem – i tam gdzie oni jadałam: góry ryżu na liściu banana z sosami ze wspólnych miseczek, ostry jak diabli dhal i dopiero co zdjęte z blachy czapati. Wędrowałam przez dżunglę, plantacje herbaty i tarasy ryżowe, siadywałam nad ciepłym oceanem, podziwiałam ośnieżone szczyty i wsłuchiwałam się w egzotyczne dźwięki wielkich miast. A przede wszystkim – poznałam mnóstwo ludzi: rodziny właścicieli hotelików, kierowców i konduktorów pomagających mi dotrzeć tam, gdzie zmierzałam, pasażerów pociągów na kilkunastogodzinnych trasach, dziewczyny, które mnie zaczepiały, żeby wypytać o życie nastolatków w Polsce i wielu, wielu innych. I choć czasem dogadywaliśmy się tylko w podstawowych sprawach za pomocą gestów, to właśnie ich z całej podróży pamiętam najlepiej.

muine1
Wieś rybacka Mui Ne na południu Wietnamu

Druga część książki zatytułowana „Jadę sama” jest bardziej praktyczna i odpowiada na pytania, jakie zadawałam sobie przed wyjazdem oraz te, które po powrocie zadawali mi inni. To kompendium wiedzy dla kobiet (i nie tylko) marzących o dalekich podróżach, zwłaszcza tych, które boją się, że sobie nie poradzą. Ja też się bałam – najbardziej, że mnie okradną albo że zachoruję. Jak się okazało, niepotrzebnie; co prawda kilka razy musiałam odwiedzić lekarzy, a po pogryzieniu przez małpy – szpital, i co prawda w Wietnamie przeżyłam bliskie spotkanie z kieszonkowcem, ale ponieważ byłam dobrze przygotowana, wraz z podręcznym portfelem straciłam jedynie drobną sumę przeznaczoną na ten dzień, co w żaden sposób nie zepsuło mi dalszej podróży.

W kolejnych rozdziałach znajdziecie m.in. odpowiedzi na pytania: dlaczego nie należy się bać pierwszego samodzielnego wyjazdu, gdzie znaleźć porządny hotel i jak za niego nie przepłacić, gdzie trzymać pieniądze, jak jeść miejscowe smakołyki, by nie dać się rozłożyć chorobie podróżników, jak spakować się na półroczny wyjazd w 10-kilogramowy plecak i dlaczego trzeba do niego włożyć łańcuch i kłódkę, jak to jest podróżować nocą w wagonie pełnym mężczyzn, dlaczego nie wolno patrzeć w oczy kelnerom, ale także – czy można kupić miejscowe kosmetyki, pójść do lokalnego fryzjera albo wystąpić na każdej plaży w bikini.

damnoen
Pływający rynek Damnoen Saduak, czyli „pocztówka” z Tajlandii

Na 55. Międzynarodowych Targach Książki w Warszawie „Jadę sobie” została uhonorowana Nagrodą Magellana w kategorii „Najlepsza podróżnicza książka roku 2009”.
Książka ukazała się także w formie audiobooka, który czyta Maria Peszek.
Recenzje na jej temat można znaleźć w zakładce w mediach.

Kiedy dwa znaczą trzy – przeczytaj fragment książki o lokalnej komunikacji w Indiach.
Jedz tylko tam, gdzie jest dużo miejscowych - przeczytaj fragment o tym jak się nie dać chorobie podróżników.
A jeśli nie masz mnie jeszcze dość – tak to się zaczęło: fragmenty z premierowego spotkania w klubie Chłodna 25, które prowadził Michał Nogaś z radiowej Trójki.


„Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet”, autor: Marzena Filipczak, wydawnictwo: PoradniaK, Warszawa 2009 r.
Stron: 264, cena: 34,90 zł, audiobook – czyta: Maria Peszek, czas nagrania: 6 godz. 43 min., cena: 29,90 zł.