Jak to się robi na Spitsbergenie

Więcej pytań niż mycie włosów i pakowanie kremów wzbudza jedynie higiena intymna. Cudów nie ma i w najbardziej romantycznej podróży trzeba się wysikać i przeżyć swoje z okresem; choć znam kilka przypadków, kiedy wyjeżdżające na kilka miesięcy dziewczyny nagle go traciły, by po powrocie wszystko wróciło do normy. Lekarze mówią, że to się zdarza – z powodu stresu, zmiany stylu życia, innego klimatu. Z tego samego powodu okres może być nieregularny i przytrafić się w każdej chwili i sytuacji, dlatego zawsze - w nocnym autobusie, podczas krótkiej wędrówki czy rejsu łódką - trzeba mieć pod ręką podpaski. Na szczęście wszędzie na świecie jest to produkt pierwszej potrzeby i nie ma problemu z ich kupnem, czego obawia się przed podróżą wiele dziewczyn. Są w wiejskich sklepikach i miejskich mini supermarketach z jedną alejką, na wielkich bazarach i targowych stoiskach prowadzonych przez jedną przedsiębiorczą panią. Żeby pani wiedziała, czego nam trzeba, można użyć międzynarodowego słowa "always" (zrozumiałe mniej więcej w połowie przypadków) albo zwyczajnie wyjąć z paczki i pokazać jedną. Jeśli jednak rzecz się dzieje w kraju muzułmańskim albo w Indiach, a za kontuarem stoi pan, sposób z prezentacją odradzam, bo budzi niepotrzebne zainteresowanie zbiegającego się nagle tłumku. 

W krajach egzotycznych miejscowe podpaski często są – mówiąc oględnie - mniej wygodne i komfortowe (grubsze, cięższe) niż w Polsce. Bywają także droższe, ale nie jest to cena zaporowa i nie przypominam sobie, żebym zapłaciła więcej niż równowartość 2-3 dolarów. W przeciwieństwie do nich trudno za to kupić tampony: te jedynie bywają w dużych miejskich supermarketach, świątyniach dla muzungu, z dżemem, chlebem i żółtym serem.



O podróżnych historiach toaletowych i okołotoaletowych mogłabym napisać pracę doktorską. Bo przecież można nie jeść i być głodną, można nie spać i być zmęczoną, można nie zgodzić się na cenę taksówkarza i pójść piechotą. Ale nie załatwić się?

Temat jest wstydliwy tylko dla tych, którzy naprawdę się z nim nie zetknęli, bo kiedy zaczynam rozmawiać z wyjeżdżającymi kobietami, każda też ma w zanadrzu kilka historyjek. W końcu kobieta nie facet, nie odwróci się, nie rozepnie rozporka i nie wysika pod murkiem.

Agnieszka Siejka i jej koleżanki jako pierwsze Polki weszły na najwyższą górę Spitsbergenu. Po powrocie miały dużo pokazów o swojej przygodzie.

- Na każdym największe zainteresowanie, pytania z pąsem i rumieńcem na twarzy, budził temat: „jak to się robi na Spitsbergenie?”. Początkowo byłyśmy skrępowane, ale kiedy raz nikt o to nie zapytał, na zakończenie same powiedziałyśmy: „Proszę państwa, śmiało, nas zawsze ludzie pytają, jak to się robi w Arktyce?”. I gadałyśmy o tym dłużej niż trwał cały pokaz – opowiedziała mi kiedyś.

- Więc jak to się robi na Spitsbergenie?

- Szybko. I nie można zostawiać na ostatnią chwilę, żeby był czas odpiąć szelki spod wszystkich warstw. Początkowo dla każdej z nas rzeczywiście była to trauma, bo kucasz dwa metry od namiotu, w którym siedzą dziewczyny. Ale przecież nie odejdziesz dalej, bo musiałabyś kucać trzymając w jednej ręce spodnie, a w drugiej karabin [po Spitsbergenie nie można poruszać się bez niego z powodu niedźwiedzi]. A jak raz jedna odeszła, to choć przez pięć poprzednich dni nie spotkałyśmy nikogo, właśnie przejechały dwa skutery z turystami. No i co? Pomachali sobie nawzajem i tyle.

No właśnie: bo i co masz zrobić?

Wynalazkiem ostatnich lat jest lejek, który pozwala sikać na stojąco; nie dość, że załatwia załatwianie się w miejscach nie osłoniętych, to jeszcze w toalecie pozwala nie siadać na brudnej muszli. Takie jednorazowe lejki widywałam na dużych imprezach za granicą, rozdawane do biletów tak samo jak torebki na śmieci.

Tylko że w podróż nie ma jak zabrać wystarczająco dużo lejków jednorazowych, a wielorazowych – jak myć i wygodnie przechowywać. Znam dziewczyny, które korzystają z nich na wyprawach wysokogórskich, w namiotach i ekstremalnych warunkach, ale w takiej „zwykłej” podróży niekoniecznie się sprawdzają. Pomijając przechowywanie, budzą niezdrowe zainteresowanie miejscowych.

Dlatego zamiast lejka proponuję spódnicę: długą, szeroką, noszoną na sobie albo na wierzchu plecaka, co pozwala narzucić ją w każdej chwili, zapewniając sobie na otwartym terenie choć odrobinę intymności. Podpatrzyłam ten sposób u Indianek: kucały na drodze, rozgarniając wokół siebie warstwy kolorowych spódnic, co z daleka wyglądało jakby sobie siedziały. Zrobiły tym na mnie duże wrażenie, bo byłam akurat po trzech dniach spędzonych w boliwijskim parku Eduardo Avaroa pełnym wulkanów, solnisk, gorących źródeł, kolorowych skał, różowych flamingów, lam i pustych przestrzeni. Żeby te cuda kontemplować, trzeba się wybrać na wycieczkę dżipem organizowaną przez miejscowe agencje turystyczne. Dżipy pokonują tę samą trasę, codziennie odjeżdża ich kilka i w każdym jest kilku turystów, którzy przecież czasem muszą pójść – no właśnie, gdzie? Pierwszego przedpołudnia dziewczyny się krygują, po południu szukają w panice choćby lichej roślinki, następnego kucają za dżipem, a potem jest im już wszystko jedno. W ten sposób z salaru, oprócz jego piękna, zapamiętałam gołe tyłki.

Co ciekawe: kucharka z naszego dżipa – w każdym jedzie taka oprócz kierowcy-przewodnika - nie sikała, podobnie jak inne kucharki. Panie śmiały się, że mają to zakodowane w genach, ale tak naprawdę mniej piły. Tyle, że na takich wysokościach - jedną z nocy spędziliśmy w hostelu 4500 m n.p.m. – trzeba dużo pić, a na pewno, jeśli nie jest się do nich przyzwyczajoną.

Spódnica pozwoliła mi w miarę bezstresowo przejechać olbrzymie połacie Azji Środkowej. W tej gościnnej, niepojętej z naszego punktu widzenia krainie, trzeba zaakceptować odmienne od naszego poczucie prywatności i intymności. Załatwianie się jest czynnością tak samo naturalną jak jedzenie, a kible – bo trudno je nazwać choćby sławojkami – to zwykłe dziury w ziemi czy podłodze (w wersji luksusowej nad dziurą stoi krzesło bez siedziska). Akurat takie ubikacje występują wszędzie poza światem Zachodu i w przewodnikach są opisane jako „eastern style”. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, czemu budzą tyle niezdrowych emocji. W przeciwieństwie do pożądanych przez turystów toalet „western style”, czyli poczciwych sedesów, są bardziej higieniczne, bo nie siadając na nich, niczego się nie dotyka. Papier toaletowy zastępuje kranik z wodą i konewka albo wiaderko, dzięki którym można się umyć, używając do tego obowiązkowo lewej ręki, bo prawa - „czysta” - służy do jedzenia. Pewien Hindus wytłumaczył mi to kiedyś obrazowo tak: - A jak wdepniesz w kupę gołą stopą, to wcierasz ją papierem, czy myjesz?

Ludzie Wschodu po Europie podróżują z plastikową butelką, którą napełniają wodą przed wejściem do toalety. Jeśli nie mogą tego zrobić, cierpią i czują się brudni. Jeśli ty we wschodniej toalecie cierpisz bez papieru, możesz go kupić w każdym supermarkecie, a w miejscach turystycznych – na bazarowych stoiskach. Na Goa cały mały biznes stoi papierem toaletowym.

Kwestia dziury w ziemi i wody zamiast papieru szybko przestała być dla mnie problemem, ale z intymnością było dużo trudniej. W Kirgistanie korzystałam z kibli bez drzwi (podobne są w Chinach). Pół biedy, jeśli oddzielały je ścianki dające namiastkę prywatności, ale zdarzały się też takie z rządkiem naprzeciwko, w którym kucały panie, patrząc mi prosto w oczy. Tu znowu na ratunek przychodziła spódnica, ale i tak musiałam zamknąć oczy, żeby się załatwić. Na ulicach wielkich indyjskich miast można zobaczyć kucające kobiety; zasłaniają oczy rękoma, jak dzieci, które myślą, że „jeśli ja nie widzę, to nie widzą też mnie”.

Na księżycową, zapomnianą przez Boga i ludzi depresję w kazachskiej prowincji Mangystau, wybrałam się z pielgrzymami zmierzającymi do grobów sufickich świętych. To najlepszy sposób, żeby zobaczyć nieziemskie pustynne krajobrazy. Żeby się dostać na święty teren cmentarza, musiałam wziąć najpierw konewkę z wodą i pójść z kobietami do budynku, w którym się podmyłyśmy, aby nie być nieczystymi. To chyba wtedy przyjęłam wschodnie standardy i machnęłam ręką na prywatność i konwenanse: kiedy jadę przez Rosję nocnym autobusem, a kierowca zatrzymuje się w polu z hasłem „panie na lewo, panowie na prawo”, proszę obcych ludzi, żeby mi towarzyszyli. Gdy wylądowałam nocą na kazachskim dworcu w Bejneu, nadgranicznym miejscu pełnym typów spod ciemnej gwiazdy, zamiast iść daleko i po ciemku do toalety, poszłam pod pobliski murek, prosząc poznanego kilka godzin wcześniej Uzbeka, żeby miał mnie na oku.

No bo co miałam zrobić?

Przyzwyczaiłam się już, że kiedy idę w afrykańskie krzaki, przygląda mi się z ciekawością gromadka miejscowych dzieci. Jedna z koleżanek opowiadała mi, że pobiegły potem sprawdzić, czy to, co zrobiła biała, też jest białe. W miastach trzeba wykorzystać każdą okazję: jeść tylko w jadłodajniach z toaletą, a jeśli jej nie mają - pytać o możliwość skorzystania (zwykle jednak jest jakaś dla pracowników – na zapleczu albo u sąsiada), pytać na stacjach benzynowych, w sklepach, bankach i szpitalach. Ja z premedytacją wybieram najlepsze hotele – nikt nie odmówi przecież muzungu ubikacji.