Fragment książki "Lecę dalej"

Sprawą bardziej palącą od palnika jest namiot. Pal diabli śledzie i ostre szpilki, które można zostawić w domu, zastępując je patykami czy kamieniami, ale co zrobić z masztami? To jeden z tych przedmiotów z listy, których trzech kontrolerów przepuści, a czwarty – zakwestionuje. Tak samo rzecz się ma np. z agrafkami, broszkami, igłami, widelcami itp. – sama straciłam kiedyś ulubiony pilniczek, który wcześniej przeleciał ze mną pół świata, choć w tym czasie na sąsiednim stanowisku kontroli koleżanka przeszła z całkiem pokaźnymi nożyczkami. Zgodnie z przepisami noże, nożyczki, pilniki, pęsety i podobne dobro można przewozić w bagażu podręcznym pod warunkiem, że ostrze jest krótsze niż 6 cm.


Kwestię masztów do namiotu zbadałam na kilku lotniskach. Najbardziej sensowna odpowiedź brzmiała:

– Proszę przed lotem podejść do kierownika zmiany. Obejrzy i powie, czy może pani z nimi przejść. Jeśli nie – zdąży je pani nadać na bagaż albo oddać odprowadzającemu.

Z braku odprowadzającego mój kolega, który zapomniał wyjąć z podręcznego ulubiony scyzoryk, odesłał go do domu z fasonem – taksówką.

Ponieważ wolałabym nie pozbywać się masztów do mojego ulubionego namiotu, nigdy nie zabieram go do bagażu podręcznego. Na okoliczność spania w plenerze gdzieś, gdzie jest ciepło albo spędzenia tam najwyżej kilku nocy, wyposażyłam się w płachtę budowlaną. Wygląda jak podłoga namiotu, sprzedają ją w każdym markecie budowlanym za grosze, a najlepiej wybrać taką z nabitymi wokół metalowymi kółkami, co pozwala ją zasznurować albo przywiązać do drzewa. Płachta ma sto zastosowań: można z niej zrobić izolację chłodnej ziemi, dach rozpięty między drzewami, wiatę albo owinąć się nią, wskoczywszy wcześniej w śpiwór. Oberwania chmury nie zniesie, ale ze zwykłym deszczem radzi sobie całkiem, całkiem. Na Maderze przetrwałam pod nią burzę: obudziłam się dopiero, kiedy deszcz zacinał tak, że padało mi na twarz.

Dalej od równika sprawa się jednak komplikuje – spanie poza sezonem w płachcie na północy Skandynawii jest równie prawdopodobne jak lot za złotówkę do Pernambuco. Na takie wyjazdy odnalazłam w pawlaczu cudownie lekką i prostą konstrukcję zwaną „chińską dwójką”, czyli mały, kultowy namiocik, w którym kiedyś mieściły się nawet trzy osoby i dwa plecaki ze stelażem, nie narzekając, że przecieka. Wyglądał idealnie, ale już pierwszy rzut oka pozwalał stwierdzić, że masztami – metalowymi, ciężkimi, zakończonymi ostrym szpikulcem – można zabić nie tylko pilota, ale i niedźwiedzia.

– Masz problem – stwierdził kolega. Na szczęście jest to kolega, który przerabia czajniki na suszarki, a suszarki na żelazka, jeszcze tego samego wieczoru zbudował więc maszty z plastikowych rurek – takich, w jakich się kładzie przewody elektryczne w ścianie – duct tape -i końcówek z masztów oryginalnych. Są cudownie lekkie, krótkie i szybko się składają. Na śledzie miałam przystosować pałeczki do chińszczyzny, ale już nie zdążyłam ich kupić. Późnym wieczorem z półki w supermarkecie zgarnęłam komplet ołówków z gumką, a na pożegnanie dostałam temperówkę. Tak wyposażona poleciałam za koło podbiegunowe. Zaostrzone ołówki w lapońską ziemię wchodziły jak w masło, a namiocik sprawdził się świetnie. W kategorii „najlżejszy namiot świata” ma szansę na bardzo wysoką pozycję: razem z masztami nie waży nawet pół kilograma.