Spotkanie z Mikołajem – wersja dla grzecznych dzieci

Dom św. Mikołaja stoi dokładnie na kole podbiegunowym: po prawej stronie jest jego biuro, po lewej – restauracja, a u wejścia do wieży zwieńczonej dachem przypominającym kapelusz czarodzieja i napisem „Santa Claus is here” czuwa skrzat. Kiedy drzwi do wieży się otworzyły i weszłam do środka, poczułam mroźne zimno. Droga do świętego wiodła najpierw przez lodowaty krajobraz, potem szłam przez tykający mechanizm ogromnego starego zegara. Na ścianach wisiały setki zdjęć ludzi ze świętym: młodych i starych, smutnych i uśmiechniętych, w swetrach i garniturach. Zdążyłam pomyśleć, że poczciwy święty musi być strasznie zapracowany, spotykając się z tyloma osobami i wysyłając tysiące kartek z życzeniami (trzeba jednak przyznać, że te płynęły też w drugą stronę: Mikołaj otrzymał ich 15 miliardów, a wśród narodów, które piszą do niego najczęściej jesteśmy na dumnej czwartej pozycji, wyprzedzając w tej konkurencji m.in. Finlandię i Japonię), kiedy skrzat kiwnął mi od drzwi, że mogę wejść do środka. Audiencja u Mikołaja odbywa się sam na sam.

Święty wyglądał dokładnie tak, jak wyglądać powinien: miał kręconą białą brodę, okulary w srebrnych oprawkach i uśmiech nieschodzący z ust. Siedział na ławce na środku sali i gestem dał znać, żebym do niego podeszła. Wkrótce miało się okazać, że jest nie tylko wspaniałomyślny, ale także mądry.

- Where are you from? – zagaił.

- Puola – popisałam się moim czwartym słowem po fińsku.

– Dżien dobry – odrzekł na to Mikołaj.

Potem zapytał, czy przyjechałam do Rovaniemi autobusem, mając najwyraźniej na myśli drogę z Polski.

– Nie, stopem – odpowiedziałam, myśląc o mojej przeprawie z Kirkenes, na co Mikołaj odrzekł:

– Ho ho ho!

Na koniec życzył mi miłych wspomnień z Laponii i powiedział po polsku „Dziękuję”.

Kiedy w biurze na dole oglądałam zdjęcia, które zrobił nam skrzat, usłyszałam, jak kobieta, która wyszła z audiencji za mną, chwali się otrzymanym od Mikołaja prezentem. Musiałam być niegrzeczna, bo mi żadnego nie zaproponował.

 


Spotkanie z Mikołajem – wersja dla niegrzecznych dzieci

Dom św. Mikołaja stoi dokładnie na kole podbiegunowym, ale koło podbiegunowe w tym miejscu wcale nie istnieje. Ponieważ jest umownym okręgiem wytyczonym wokół bieguna, charakteryzującym się jednym dniem w roku, kiedy słońce w ogóle nie zachodzi (przesilenie letnie) i jednym zimowym, kiedy wcale nie wschodzi, a biegun stale się przesuwa, wędruje razem z nim – nawet 2 metry dziennie. Sam święty pochodzi z Turcji i w Finlandii nigdy nie był, a pewnie też o niej nie słyszał. Informację o jego domu w górach na wschodnich rubieżach Finlandii puścił w świat i spopularyzował pewien dziennikarz radiowy, ale ponieważ po wojnie teren ten znalazł się niebezpiecznie blisko granicy ZSRR, Mikołaja trzeba było w trybie awaryjnym gdzieś przenieść. Padło na Rovaniemi.

Chciałam zrobić Mikołajowi zdjęcie, ale skrzat mi nie pozwolił – po przekroczeniu wejścia do wieży używanie własnych aparatów i kamer jest surowo zabronione. Monopol na fotografowanie ma jedynie on, a kiedy pstryknął już dwie fotki, dał znać, że gotowe i Mikołaj zaczął się żegnać.

Kobieta, która wyszła za mną od świętego z prezentem, sama go sobie wcześniej kupiła – w sklepie przy jego biurze (to powszechnie stosowana praktyka).

Zostawienie adresu znajomego dziecka, aby Mikołaj mógł mu wysłać kartkę z życzeniami, kosztowało 7 euro. Tańszy był certyfikat przekroczenia koła podbiegunowego. Być może dlatego, że niekoniecznie się to zrobiło.

Musicie mi w to wszystko uwierzyć na słowo, bo żadnego dowodu na spotkanie ze świętym nie mam. Za zdjęcie, które zrobił nam skrzat, w jego biurze zażyczyli sobie 25 euro (można było go nie kupić, ale nie można było odmówić jego zrobienia, co pracownicy wioski tłumaczyli „zbiorami do archiwum”). Oczywiście, że nie kupiłam: po wędrówce przez lapońskie bezdroża miałam od tygodnia niemyte włosy, a obejmujący mnie Mikołaj wyglądał dokładnie tak, jak każdy inny w dowolnym centrum handlowym.


A jednak: Mikołaj istnieje

Pogodziłam się z myślą, że 15 kilometrów tej drogi pokonam piechotą. Była to wyjątkowa lokalna droga i przez godzinę minął mnie tylko jeden samochód (jego kierowca przepraszająco pokazał, że zaraz skręca).

Wtedy usłyszałam za sobą auto. Zatrzymało się z piskiem opon na poboczu, a kierowca po obejrzeniu mapy, którą trzymałam w ręku stwierdził, że odwiezie mnie tam, dokąd chcę. Kiedy wsiadłam i zapięłam pasy, z uśmiechem zakrzyknął:

– Myśl pozytywnie!

A potem:

– Jestem panem cukierkiem!

Mężczyzna był przedstawicielem pewnej znanej fabryki czekoladek i pochodził z Rovaniemi, a kiedy mi wręczał torbę słodyczy, drogę przebiegł nam biały renifer.