W kompaktowej Mathurze mieli dwie stacje autobusowe, tak wynikało z przewodnika. Pierwsza próba kupna biletu - na stacji „new”.

- Madame, bus do Haridwaru jest ze stacji „old”. Bilet musisz kupić dzień wcześniej – zakomunikował pracownik numer jeden.

Próba dotarcia na stację „old” zakończyła się niepowodzeniem z powodu trudności komunikacyjnych z rikszarzem. Nie wiem, dokąd chciał mnie zawieźć, ale brzmiało to tak, jakby wymieniał nazwę jeszcze innej stacji. Wróciłam na stację „new”, żeby zastać pracownika numer dwa.

- Ile macie dworców?

- Dwa, „new” i „old”.

- Muszę kupić bilet dzisiaj?

- Nie, jutro u kierowcy.

- O której jest autobus?

- Są trzy: o 8, 9 i 10.

Znienacka pojawił się pracownik numer jeden.

- Madame, jest jeden autobus - o 10.

- Jeden czy trzy?

Pracownik numer dwa: - Jeden, oczywiście.

- Ale przed chwilą mówiłeś mi, że trzy.

- A tak, są trzy: o 8, 9 i 10.

Trudno, najwyżej pójdę tam jutro o 8 i jeśli nie pierwszy, to ostatni autobus musi przyjechać. Teraz próbuję sobie zagospodarować czas przed jego odjazdem i pojechać do sąsiedniego miasteczka.

- Autobus do Vrindavan odjeżdża z nowego czy starego dworca?

- Z „ junction”.

- Macie dwa czy więcej dworców?

- Trzy oczywiście.

Postanowiłam jednak podreptać na stary dworzec i sprawdzić, co się tam dzieje. To, co zobaczyłam - a już sporo widziałam - skutecznie zniechęciło mnie do skorzystania z tego dworca w nocy, a na pewno czekania na nim do godz. 10. Był to mały placyk, bez jakiejkolwiek budki, pomiędzy śmieciami, na tyłach bazaru, bez oświetlenia. I tak trafiłam na stację kolejową, gdzie dowiedziałam się, że: pociągów jest i to całkiem sporo, parę dni temu można było na nie kupić bilety, ale dzisiaj są najwcześniej na za cztery dni. Mogę za to kupić bilet na jutro z tzw. waiting list. To hinduski wynalazek polegający na tym, że kupujesz bilet i liczysz, że ktoś inny zrezygnuje, a ty wskoczysz na jego miejsce.

- Madame, po miejsce przyjdź jutro tuż przed odjazdem pociągu do kasjera nr 1 – wytłumaczono mi.

Kasjer przed odjazdem widzi w komputerze, kto oddał bilet, i przydzieli mi jego miejsce.

Przyjechałam rano na dworzec. Kasjer nr 1, jak wszyscy pozostali kasjerzy, zamknięty na cztery spusty. Znalazłam jakiegoś nadzorcę, on usiadł do komputera, ale miejsca nie znalazł.

- Może konduktor ma jakieś? – zapytałam z nadzieją.

- Raczej nie, jest sezon pielgrzymkowy.

Oddaję bilet i postanawiam jechać do Delhi, żeby tam złapać połączenie.

- O której jest pociąg do Delhi?

- O 7.45.

Świetnie, to już całkiem niedługo. Ale dlaczego on nie oddaje mi pieniędzy za bilet, tylko go stempluje i opisuje?

- Madame, pieniądze za bilet dostaniesz u kasjera nr 1.

- Ale tam jest zamknięte.

- Będzie otwarte od 8.

- To o której mam pociąg do Delhi?

- O 7.45.