Choroba podróżników. Pod tym ładnym określeniem ukrywa się biegunka. Według lekarskich statystyk dopada w ciągu pierwszych dwóch tygodni podróży nawet 70 proc. osób. Pół biedy, jeśli to zwykła biegunka, ale widziałam w hotelach ludzi złożonych na kilka dni mega biegunką połączoną z mega wymiotami i oblanych mega potem. Skarżyli się, że nie wiedzą gdzie i dlaczego zachorowali – przecież jadali tylko w turystycznych restauracjach, najczystszych z czystych. Biegunka bierze się nie tylko z brudu i złych warunków sanitarnych, ale też z powodu zmiany flory bakteryjnej.

- Lżejszą trzeba po prostu przeczekać, nie dać się odwodnić, jeść lekkostrawne rzeczy. Przy cięższej wezwać lekarza – zaordynował mój doktor przed wyjazdem.

- Może pić codziennie pięćdziesiątkę dla ochrony?

- Jeśli pani wierzy, że pomoże, to proszę bardzo. Ale i tak proszę się nastawić, że nic pani nie uchroni.

Wódki/brandy/whisky – bo ile osób, tyle szkół – nie piłam, bo przeliczyłam sobie, że po pół roku może i ochroniłabym żołądek, ale co z wątrobą? Spotkałam ludzi na krótszych wypadach, z naszej części Europy zwłaszcza, które stosowały metodę „naparsteczka spirytusu” do śniadania („na Afrykę może być i wódka, ale na Indie tylko spirytus”). Jedne chorowały, inne nie. Ja, wbrew prognozom lekarza, nie zachorowałam, choć jadłam w najbardziej lokalnych z lokalnych knajp, nie raz i nie dwa na ulicach. „Inna flora bakteryjna” dopadła mnie tylko raz przez własną głupotę pod postacią nieświeżej kanapki z serem, na którą - mimo wyraźnej nieświeżości - rzuciłam się zaraz po przylocie z Indii do sterylnej Malezji; ale była na tyle lekka, że już następnego dnia o niej zapomniałam. I dalej bezpiecznie stołowałam się w Azji, pilnując tylko kilku zasad:

- nie rzucać się na wszystko od razu. Po przylocie powoli przyzwyczaić żołądek lżejszymi potrawami – na szczęście z dietą ryżową nigdzie nie ma problemu. Wiele osób, w tym ja, największy problem ma z ostrością dań, przyzwyczajałam się do nich chyba z miesiąc;

- woda do picia – tylko i wyłącznie butelkowana, także do mycia zębów (chociaż po jakimś czasie, w czystszych miejscach, np. w górach, myłam zęby kranówką. Zdarzało mi się też pić wodę ze studni opisanych jako „woda pitna”, te studnie często znajdują się np. na terenie świątyń albo na dworcach). Kupując wodę, trzeba obejrzeć dokładnie butelkę, czy nie została użyta po raz drugi. Sprzedaż kranówki jako wody mineralnej to powszechny proceder, dlatego wiele firm dodatkowo plombuje korki folią i ostrzega wielkimi literami na nalepce: „nie kupuj tej butelki, jeśli jest pognieciona”. Kupiłam raz w szóstym miesiącu podróży - nie przyjrzałam się dokładnie, bo sklep wydawał mi się duży, czysty i wyjątkowo porządny;

- nie pić napojów z kostkami lodu, bo lód na pewno nie został zrobiony z wody mineralnej. Po jakimś czasie, kiedy moja flora bakteryjna przestawiła się na azjatycką, przestałam przestrzegać tej zasady. Ale tylko wtedy, kiedy miałam pewność, że lód jest zrobiony z wody pitnej, a nie z wody z kranu albo z Mekongu;

- surowe owoce i warzywa jeść tylko obrane – potrzebny scyzoryk zabrany z Polski. Sałacie chwilowo mówimy „żegnaj”. Czytałam, że żeby ją bezpiecznie umyć, trzeba byłoby ją zamoczyć na 15 minut w wodzie z jodyną;

- jestem wegetarianką, więc odpadły mi egzystencjonalne przemyślenia „jeść czy nie jeść mięsa”. Wielu poznanych ludzi na czas podróży przestało i pisząc to nie uprawiam reklamy wegetarianizmu. Pewnie jeść, jeśli ma się pewność, że było przechowywane we właściwych warunkach. Jak wyglądają niewłaściwe warunki, można zobaczyć wybierając się na bazar, gdzie mięso sprzedają. Ku pocieszeniu mięsożerców – na wielu plażach są knajpy, które przygotują rybę ze świeżego połowu;

- wbić sobie do głowy i powtarzać „umyję ręce przed każdym posiłkiem”. W każdej knajpie, nawet jeśli nie ma w niej łazienki, jest umywalka, w najgorszym wypadku beczka z wodą albo ktoś z obsługi z dzbankiem. Za to mydło tylko bywa, dlatego nosiłam je zawsze ze sobą w małej mydelniczce. Niektórzy używają do mycia rąk płynu odkażającego, który można stosować też bez wody i który można kupić na miejscu. Wilgotnych chusteczek nie używałam – raz, że dużo zachodu z kupnem, dwa – wydawało mi się, że nie da się nimi dobrze domyć brudu;

- jeść tam, gdzie jest dużo miejscowych, zwłaszcza rodzin z dziećmi. Oni nigdy nie pójdą gdzieś, gdzie jest brudno, produkty nieświeże, a klienci po jedzeniu chorują – takie rzeczy szybko się roznoszą. Nawet kiedy siedziałam w knajpce, za którą służyła drewniana ławka ustawiona na poboczu ulicy w Kambodży, i gdzie pałeczki wyjmowało się ze słoika z wrzątkiem, a po zjedzeniu wstawiało do kolejnego słoika z wrzątkiem, skąd brał je następny, nie myślałam, że mogę się zatruć. Wokół siedziało kilkunastu zadowolonych Kambodżańczyków. Obok przechodziła grupa białych patrząca na mnie jak na kosmitkę. Nie wiedzieli, co tracą.