Południe jest zupełnie inne, przynajmniej od tego, czego się spodziewałam. Mówili mi, że Kirgistan to taki kraj, gdzie muzułmanie są jeszcze bardziej „współcześni” niż w Uzbekistanie. Gdzie po ubiorze nie odróżnisz kobiety – tutejsza czy zachodnia, a na letnich pastwiskach wódka leje się takim samym strumieniem jak kumys. Także w czasie ramadanu.

Tymczasem na „dzień dobry” trafiam do domu we wsi położonej jeszcze dalej na południe niż Osz; turyści tu nie zaglądają, bo im nie po drodze dokądkolwiek. Igor mieszka z żoną i najmłodszą córką, dwaj starsi synowie wyjechali za pracą do Moskwy. Pięknie tu. Ciężka brama przy bocznej drodze ukrywa rozległe podwórko: po prawej stronie jest dom z tarasem, po lewej – kuchnia z przyklejonym jeszcze jednym budynkiem z sypialniami po synach, a całość zamyka zielony ogród. Niebo nad nami przesłania pergola, po której pną się ciężkie winorośle. Leżąc leniwie na tapczanie, przez prześwity w niej widzę góry pokryte śniegiem nawet w upalne lipcowe dni. Poleniuchować mi się jednak nie udaje, bo wieść o moim przyjeździe szybko roznosi się po osadzie, więc wciąż wpada ktoś z wizytą. Chociaż protestuję, gospodyni natychmiast zastawia taras chlebem, cukierkami, arbuzem, śmietaną i masłem. Jest mi głupio, bo kolejni goście przysiadają się do mnie z rozkazującym:

– Jedz, na pewno jesteś głodna.

Nie jestem, bo wiedząc, dokąd i na jaką uroczystość jadę, na wszelki wypadek kupiłam coś po drodze i zjadłam, chowając się w bramie w mieście, w którym się przesiadałam. Tutaj z powodu ramadanu przez cały dzień nie jedzą ani nie piją nawet łyka wody, z dumą podkreślając, że to ich własny wybór. Jak ktoś nie chce, nikt mu nie każe pościć.

Uroczysty wieczorny posiłek w pierwszy dzień ramadanu był jednym z najbardziej wzruszających doświadczeń w czasie moich podróży. Z tych, dla których warto ruszyć tyłek z kanapy i które w chwilach wahania – jechać, nie jechać – przeważają szalę na tę właściwą stronę. W domu seniorki rodu zebrało się kilkadziesiąt osób, łącznie z kuzynami z Moskwy, którzy zjechali w rodzinne strony specjalnie na tę okazję. „W domu” to zbyt eufemistycznie powiedziane, bo w pokojach zmieścili się wyłącznie starsi, młodzieży zaś przydzielono stoły na podwórku. Przyjęcie było składkowe, ale ponieważ „my” zostaliśmy na nie zaproszeni, zamiast pieniędzy przynieśliśmy na wspólny stół miednicę jeszcze ciepłych mantów. W progu przywitały nas niewiestki polewając ręce wodą z dzbanka.

– Kili, kili, zachodź, witamy – ściskały mi ręce kolejne kobiety, zapraszając do środka. Bo choć zarówno Aida, jak i ja wiekowo należałyśmy do „młodzieży” z podwórka – pod tym względem w wielopokoleniowych kirgiskich rodzinach można bardzo poprawić swoje ego – jej, jako żonie Igora, najstarszego wnuka, a mnie, jako jej gościowi, przypadły miejsca w najważniejszej, głównej części (sam Igor został na zewnątrz). Chociaż w samym końcu stołu i nad jedną miską i tak był to dla nas duży zaszczyt. Seniorka rodu siedziała na szczycie, a po jej obu rękach bracia i siostry oraz ich małżonkowie według starszeństwa. Na modlitwę wyszli do sąsiedniego pokoju, ale nie śmiałam im towarzyszyć. Niedługo potem zgasło światło; w tych stronach to standard, bo niedaleko stoi wymagająca sporych zasobów mocy fabryka. Dla innych, mniej ważniejszych obiektów często więc brakuje prądu. Jedliśmy przy świetle świec ustawionych na stosie bordowo-czerwonych dywanów złożonych w kącie pokoju. Przez niskie, otwarte na oścież okna, niosły się modlitwy z innych domów, a kiedy ludzie zamilkli, dochodziło nas tylko cykanie świerszczy i rechot żab. Rodzina spożywała kolację w powadze i milczeniu, tylko czasem przerywanym pojedynczymi zdaniami wygłaszanymi przez starików. Gdy Aida chciała mi coś objaśnić, pochylała się, szepcząc, jak świadoma występku koleżanka na lekcji. Patrząc na stół, myślałam, że obfitości tego posiłku wystarczy co najmniej na dwa dni. Na białym obrusie stały gęsto miseczki i talerzyki z orzechami, daktylami, kwaśnym dżemem z malin, ciastkami, cukierkami i śmietaną. Na tacach górowały figi, winogrona i morele, a niewiestki donosiły czajniki zielonej herbaty, butelki coca-coli, sok z brzozy, gotowaną kukurydzę, buliony, manty, samsy i sałatki. Z braku miejsca zostawały na stole tylko przez chwilę, by zrobić miejsce kolejnym potrawom. Z tego samego powodu jedliśmy je z jednej przechodniej miseczki i tą samą przechodnią łyżką.

Zajęte pracą od rana do nocy i niemające za dużo do powiedzenia czy nawet postanowienia o sobie kobiety z tradycyjnych wschodnich rodzin – z zachodniego punktu widzenia – mają najzwyczajniej w świecie przerąbane. Gorsze od bycia kobietą jest jedynie bycie niewiestką. Kobieta pracuje i usługuje starszym oraz mężczyznom zawsze, z wyjątkiem tych chwil, gdy jej usługuje niewiestka. Niewiestka dosłownie oznacza „synowa, bratowa”, tu jednak nikt nie używa tego słowa w takim znaczeniu. Teściowa nie powie: „moja synowa”, a siostra męża – „moja bratowa” Niewiestka jest nasza: męża, teściowej, braci, czyli całej rodziny. I tak właśnie ją tu traktują:

– Babci nie trzeba pomagać, u nich w domu są dwie niewiestki.

– Dobra ta nasza nowa niewiestka, posłuszna i pracowita.

– Ty wiesz, jedna niewiestka od ciotki Jeleny nie może zajść w ciążę. Już trzeci rok się leczy, taka bieda.

Niewiestki wstają przed wszystkimi, aby zamieść podwórko oraz drogę przed posesją, i kładą się ostatnie, gdy już wszystko i po wszystkich zostanie posprzątane. W jednym z domów z fascynacją przyglądałam się, jak dziewczyna biegła na każde zawołanie, nawet takie, kiedy jej pomoc okazywała się fanaberią teściowej:

– Ani, przynieś wiadro. Ani, znajdź tę książkę. Ani, zrób herbatę. No chodź mi wysuszyć i wyczesać włosy.

Dla mnie było to absolutnie niepojęte. Ale ja feministką zostałam dawno temu: podczas pierwszej wizyty w Gruzji. Ona żyje tutaj i nie jest to nawet jej los, tylko naturalna kolej rzeczy. Potem urodzi się syn. Ożeni się go i w domu pojawi się niewiestka usługująca teściowej.

W konserwatywnych wsiach konserwatywnego południa Kirgistanu niektóre niewiestki spędzają na podwórkach całe życie.

– Chcieliśmy mieć normalne wesele, ale stariki pozwolili tylko na godzinę – opowiada Aida. – Dobre i to, bo teraz przywożą niewiestkę, zamykają w domu z kobietami, a mężczyźni siedzą na podwórku. I tyle z całego wesela.

Kirgistan, w którym za czasów Związku Radzieckiego religia nie była mile widziana, po odzyskaniu niepodległości podkreśla swoje korzenie i tradycje czasem w sposób aż za bardzo widoczny. Co jest zresztą naturalną reakcją we wszystkich podobnych przypadkach. Na południu kraju kobiety noszą hidżaby i nie sprzeciwiają się mężczyznom, gdy ci nie pozwalają im na przykład pracować. Aida odprowadza mnie na przystanek, bo i tak idzie w tamtym kierunku, żeby pomóc mamie, u której dzisiaj odbędzie się wieczorny posiłek. Jeśli rodzina jest duża, spotykają się u któregoś z krewnych właściwie codziennie przez cały ramadan. Po drodze mijamy kilka kobiet otulonych w czerń, przemykających ze spuszczonymi głowami. Aida nosi się bardzo skromnie, ma spódnicę do ziemi i bluzkę z długim rękawem, ale głowę okrywa zwykłą, związaną z tyłu chustą. Ponieważ tutaj to rzadkość, gdy zbliżamy się do bazaru, przekłada jej końce do przodu, przygładzając wokół szyi tak, aby jej odkrytość mniej kłuła w oczy.

– Teściowa marudzi, kiedy w końcu założę hidżab, ale nie naciska, bo wie, że sama muszę być na to gotowa. A ja jeszcze gotowa nie jestem. Jedna koleżanka się nie zgodziła, to mąż się z nią rozwiódł i bidulka potem zwariowała. Igor na szczęście o hidżab nie pyta, ale wciąż mi gada, że nie powinnam pracować. Chciałabym podróżować, pojechać do Paryża, ale niechby chociaż do Moskwy, ale on się nie zgadza. „Co ci z tego przyjdzie?” – śmieje się. Wszyscy się śmieją z tego mojego marzenia, ale może kiedyś synowie zabiorą mnie przynajmniej do Rosji. A ty wiesz, że ciebie też wzięli za Rosjankę? „A kto go tam wie, skąd ją Igor przywiózł? Jaka turystka? Patrzyłaś jej w paszport? Skąd wiesz, że nie wziął sobie drugiej żony?”. Bo u nas każdy mężczyzna może mieć cztery żony. Za ZSRR to było zakazane, ale jeden mój kolega z klasy, tutaj niedaleko mieszka, ma ich właśnie tyle.

Mogłam się tego spodziewać. Kiedy zaprasza mnie do domu rodzina albo kobieta – jestem darem z nieba. Gdy przyjeżdżam z mężczyzną, nowoczesnym, pracującym gdzieś w dalekiej Moskwie albo w Soczi i wiedzącym stamtąd, że są na świecie miejsca, gdzie kobiety mogą podróżować i funkcjonować w pojedynkę, i który, nie widząc w tym nic zdrożnego, zaprasza mnie tak samo po przyjacielsku oraz bez żadnych intencji – bywa różnie. Czasem łapię wtedy zbyt podejrzliwe spojrzenia, chociaż w domu traktują mnie po królewsku; nikt przecież nie zakwestionuje decyzji pana. Nie wypada zadać palących pytań, chociaż w środku czai się lęk. Dlatego tak bardzo doceniam wyznanie Aidy. Być może Bogu ducha winnemu Igorowi starsi też zaczęli wiercić dziurę w brzuchu, bo znikł. Jeszcze wczoraj rano w marszrutce gadaliśmy jak równy z równym, a kiedy przyjechałam – stałam się świętym gościem. Ostatni raz widziałam go wieczorem, gdy zostawał na podwórku z młodzieżą. Potem wraz z mężczyznami modlił się w meczecie do pierwszej w nocy, dwie godziny później żona przygotowała mu śniadanie, które zjadł jeszcze przed świtem, i wyjechał do któregoś z wujów w góry, właściwie nie wiadomo po co. Bez pożegnania czy chociaż prośby o przekazanie pozdrowień.

W islamie każdy mężczyzna może mieć maksymalnie cztery żony, spotykałam takie rodziny na przykład na jordańskiej pustyni Wadi Rum. W Azji Środkowej opowieść o czterech domach zbudowanych jeden obok drugiego dla każdej z żon i namiocie na pustyni dla męża, z którego wpadał, by odwiedzić swoją wielką rodzinę raz na jakiś czas, robiła duże wrażenie. Ale z zupełnie innego powodu.

– To muszą być bogaci mężczyźni – powtarzali tu zazdrośnie.

W Uzbekistanie opowieść została przyjęta mniej więcej z takim samym zdziwieniem jak w Polsce.

– U nas tak nie ma – usłyszałam. – Jeśli jakaś kobieta zostanie wdową, z dziećmi, jest biedna i nie ma jak się utrzymać, to można ją wziąć za drugą żonę. Jednak to jako dobry uczynek, a nie tak po prostu, żeby mieć kolejną.

– Słuchaj, a jak ty tak sama jeździsz, to nie boisz się, że cię ukradną?